Wyśnieżenie do cna. Wielomgnienia torowania z pasją.

Zapowiadali na koniec tygodnia wielkie opady: niżej deszczu, wyżej śniegu. Nie pomylili się. W górach leciał z nieba biały puch, pokrywając krajobraz warstwą bardzo, bardzo rzetelną. Pragnący wyruszyć na szlaki, musieli liczyć na przetarcie, lub samemu mocno się napracować. Wyruszyłem i ja, biorąc za cel Kudłoń, górujący nad Lubomierzem.

❄️❄️❄️

Na mapie trasa z Rzek nie prezentuje się groźnie; ot, pięć kilometrów dość ostro na szczyt i dalej równo z górki. Tak to zapewne wygląda w normalnych warunkach. Panujące tego dnia do typowych zaliczyć nie sposób, biorąc pod uwagę porę roku. Nie pamiętam, aby w połowie kwietnia tak śnieżyło. Kto wie, czy to nie ostatnia z takich zim, jeśli pohukiwania o ociepleniu klimatu się sprawdzą. Zatem możliwość konfrontacji z takimi zaspami traktuję w kategoriach miłej niespodzianki. Tak próbuję sobie cały czas wmawiać.

Początek wyrypy idzie gładko: jezdnia wśród wyżej położonych domostw nie sprawia kłopotów, pozwalając przebierać nogami dość szparko. Wkrótce żegnam cywilizację, skręcając z żółtym szlakiem w las. Śnieg cały czas sypie, a pod stopami mam około dwudziestocentymetrową warstwę. Muszę zapomnieć o bieganiu, starając się utrzymać szybkie tempo marszu. Widzę przed sobą pojedynczy ślad, lecz staje się on coraz mniej wyraźny. Po kilku kwadransach zanika zupełnie, zmuszając mnie do skupienia się na orientacji, by drogi nie zgubić. Śniegu ciągle przybywa, na podłożu i z niebios.

❄️❄️❄️

Z każdym krokiem zagłębiam się w bladą pustynię. Poruszam się powoli, z trudem wyswabadzając nogi grzęznące w puchu. Otacza mnie milczący las, a widoczność zmniejsza się do kilkudziesięciu metrów. I taka sytuacja trwa kolejne dwie godziny. Brodzę sam wśród gór, których nie sposób dojrzeć. Wychodząc na polany, mijam milczące szałasy, zdające się zapraszać na odpoczynek. Lecz nie mogę się zatrzymać, albowiem czas pogania. Moja wędrówka ma nieodparty urok, obcowania z surową naturą, w okolicznościach wręcz arktycznych. Towarzyszy jej jednak napięcie, powodowane ciągłą niepewnością, czy nie zbaczam ze szlaku. Ponadto długa samotność zaczyna jednak trochę ciążyć, a dusza sportowca szamoce się, wściekła na mizerne tempo. Kilkakrotnie podejmuję próbę biegu, lecz śmieszne to wysiłki: po kilku dzikich susach oddech się rwie. A kopuła Gorca Troszackiego (1238 m npm) stromieje konkretnie, multiplikując trudności. Przy każdym węźle szlaków wypatruję, czy nie dojdzie jaki ślad, ale gdzie tam – torowanie to moja dzisiejsza dola. Czuję się tak odludnie, iż z radością witam każdy napotkany artefakt: słupek, ławkę, krzyż, ogrodzenie. No wyobraźcie sobie, jak samotnie musi czuć się człowiek, cieszący się na widok tabliczki „turysto – nie śmieć”!

Osobny akapit należy się znakom szlakowym. To najlepsi towarzysze samotnego turysty. Im warunki trudniejsze, tym bardziej cenimy ich widok. Ile razy myśl „zboczyłem” ciąży coraz mocniej, a tu uśmiechają się zza zakrętu trzy paski. A przy takich opadach wiele z nich jest zakrytych – więc te widoczne cieszą i dodają otuchy podwójnie. Błogosławiony bądź szlaku, najlepszy druhu wędrowca!

❄️❄️❄️

Na grani puszystość osiąga apogeum, pogrążając nad kolana. Dowlekam się na czubek Kudłonia (1276 m npm) i podejmuję dojrzewającą we mnie od dłuższego czasu decyzję o skróceniu trasy. Rezygnuję z pętli przez Przełęcz Borek, cofając się na Gorc Troszacki i schodząc w dolinę zielonym szlakiem. Chętnie napierałbym dalej, lecz przy tak słabym tempie, czekający na mnie tata miałby prawo się niepokoić. Zasięgu brak, telefon służy tylko do zdjęć. Gdyby jeszcze od Kudłonia było przetarte, ale gdzie tam.
Wracając po swoich śladach widzę, jak głębokie śniegi pokonuję. Na hali mój trop już niknie, a przecież minęło ledwie pół godziny. Skręcam w dół, zagłębiając się w las. Czeka mnie jeszcze kilka kilometrów zabielonej, mglistej samotności.

❄️❄️❄️

Powrót w dolinę nieco się dłuży. Zmęczenie skutkuje rozdrażnieniem, denerwują mnie mokre stopy, nieco zgrabiałe ręce, tempo, pogoda i słabe wyniki reprezentacji piłkarskiej. Docieram do wąwozu, którym płynie Kamienica, natrafiając wreszcie na ślad ludzki, narciarski. Stopniowo przyspieszam, a od słynnej Papieżówki wreszcie biegnę z akceptowalną szybkością. Wkrótce osiągam parking, gdzie czeka tata, który również na swojej pętelce walczył z zaspami. Zachował spokój, właściwie oceniając tempo w takich warunkach. Jeszcze wiele muszę się od niego uczyć.

❄️❄️❄️

Zostawiłem za sobą kawał trasy. Na piętnaście kilometrów, dziewięć torowałem w głębokim (30-60cm) śniegu. Solidna dawka! Cieszę się z bardzo dużej intensywności, jak i nabranego doświadczenia. Konkretna rada: zimą, planując z mapy, zwracajcie szczególną uwagę na przebieg szlaku przez polany. Odnalezienie miejsca, gdzie droga zagłębia się ponownie w las, bywa problemem.

❄️❄️❄️

Opisana powyżej samotna wędrówka górskimi śnieżnościami należy do niezapomnianych awantur. Można poczuć klimaty traperskie i w dzisiejszym świecie. Polecam każdemu – byle z rozsądkiem.

❄️❄️❄️
Łukasz Klaś

Więcej zdjęć na fb

4 thoughts on “Wyśnieżenie do cna. Wielomgnienia torowania z pasją.

  1. Zuch z Ciebie gratuluję 🙂 SZACUN ogromny. Chyba bym się nie odwazyła na to. Niesamowicie dzielny Jesteś żeby tak samotnie zima wędrowac. Super sie czyta. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *