Wycof.

Zachęcony zdobyciem Wołowca w warunkach zimowych, wybieram kolejne tatrzańskie cele. Zdecydowałem się na Starorobociański Wierch, panujący z wysokości 2167 m npm nad polską częścią Tatr Zachodnich. Porównywalna trudność (a raczej – łatwość) szlaku, w połączeniu z dość dobrą prognozą pogody, sprawiły, iż optymistycznie oceniałem swoje szanse. Sukces wymaga pokory, pycha poprzedza upadek… Zaplanowawszy wyprawę starannie, sumiennie wyekwipowany, wyruszam rankiem do zimowej stolicy Polski. Tata dowozi mnie na Siwą Polanę, a potem udaje się do Doliny Kościeliskiej. Spotkamy się w Kirach po kilku godzinach.

🗻🗻🗻

Moja marszruta (i bieguta) zakłada dotarcie Doliną Chochołowską do Polany Trzydniówka, skąd przez Trzydniowiański, Czubik i Kończysty na Starorobociański. Zejście zakładam grzbietem Ornaku via Iwaniacka Przełęcz do Doliny Kościeliskiej. Dystans stanowi to spory, z solidnym przewyższeniem, lecz – wydawałoby się – niezbyt trudny. O ósmej startuję z Siwej Polany, zaczynając trasę przy niezłej pogodzie.

Drogę doliną pokonuję sprawnie, trochę podbiegając. Nikogo nie spotykam, ciesząc się spokojem i ciszą. Po trzech kwadransach skręcam na czerwony szlak, prowadzący na Trzydniowiański Wierch. Po kilku minutach otwiera się widok na Krowi Żleb – tam wiedzie mój trakt. Po śladach widzę, iż kilka osób przede mną idzie. Maszeruję raźno, czujnie lustrując zbocza – niby nie powinno nic wyjechać, lecz lawiny nie czytają prognoz. W górze dostrzegam poruszające się sylwetki. Od razu jest raźniej. Wchodzę w las, dopędzając sympatyczną trójkę turystów. Zatrzymujemy się, aby okuć buty. Raczki się przydają, gdyż szlak stromieje nie na żarty. Jeszcze nigdy nie widziałem tak pionowego lasu! Z łomocącym tętnem wychodzę na grań. Chłopaki zostali w tyle, a ja poruszam się coraz mniej widocznym śladem. Wzmaga się wiatr, góry coraz częściej chowają się za chmury. Nie ma problemów z orientacją, gdyż wierzchołek Trzydniowiańskiego widzę przed sobą wyraźnie, lecz wicher zawiewa szlak, zmuszając mnie do wyboru drogi. Staram się nie kombinować, kierując się prosto do góry; trzymam się też w rozsądnej odległości od nawisów nad Doliną Starorobociańską. Pokonuję podejście na kopułę szczytową i staję pod słupem z szlakowskazami. Jestem sam. Dookoła tylko góry, śnieg, wiatr i chmury
🗻🗻🗻

Dalsza trasa ogółem prowadzi prosto jak strzelił: granią, lecz diabeł tkwi w szczegółach. Z lewej straszą nawisy, z prawej strome, wywiane zbocze, z którego wystają skały i trawy. Biorę czekan w dłoń i czujnie trawersuję, szarpany wiatrem. Pierwszy raz w życiu widzę z bliska pióropusze śniegu wywiewane z grani. To piękny spektakl, lecz co innego oglądać go z dna doliny, a co innego stać tam o kilka metrów. Schodzę powoli na Dudową Przełęcz i podnoszę wzrok. Nie widzę szczytu Kończystego, o Starorobociańskim nie wspominając. Wszystko spowija siwa, śnieżna chmura. Wiatr duje. Zbocze (a przynajmniej jego widoczna, dolna część) jest wywiane, miejscami wygląda na zlodzone. Jak okiem sięgnąć, żadnych śladów. Przede mną decyzja.
Za:

– jestem w dobrej formie fizycznej;

– dobrze orientuję się w terenie i ogólnym przebiegu szlaków;

-z jednym wyjątkiem, jestem dobrze wyposażony;

-temperatura jest dla mnie komfortowa.

Przeciw:

-nie orientuję się w szczegółach przebiegu szlaku;

-widoczność jest zmienna, z przewagą kiepskiej;

-wieje wiatr, momentami mocno;

-możliwe, że daleko przede mną i za mną nie ma nikogo;

-nie mam raków, tylko raczki.

Jeżeli są jakiekolwiek wątpliwości, to nie ma żadnych wątpliwości.

Odwrót.

Chwilę stałem na tej przełęczy, patrząc na Kończystego, zakrytego za mgłą. Ambicja walczyła z ostrożnością; wcale nie jestem pewien, czy dobrze wybrałem.
🗻🗻🗻

Powrót zawsze jest prostszy. Kieruję się po własnych śladach, choć część z nich ledwie widać. W dół łatwiej wybrać drogę. Wchodzę na szczyt Czubika i jest to mój dzisiejszy najwyższy punkt: 1845 metrów. Za Trzydniowiańskim spotykam znajomą trójkę i dalej przetartym szlakiem posuwam się już bez problemów.
🗻🗻🗻

Do Doliny Kościeliskiej decyduję się przejść przez Iwaniacką Przełęcz (1469 m npm). Solidna wyrypa! Szlak wiedzie odludziem, pierwszych turystów spotykam dopiero przed schroniskiem na Hali Ornak. Stąd zbiegam do Kir, zamykając dzień dystansem 25 kilometrów i przewyższeniu 1500 metrów.
Z nieba na zmianę świeci słońce i siecze śniegiem.

🗻🗻🗻

Czy żałuję? Nie! Spędziłem piękny dzień wśród wspaniałych gór. Nabrałem doświadczenia i solidnie potrenowałem.

Czy jestem zły? Tak.
Wrócę wyrównać rachunki. Tatry poczekają.

🗻🗻🗻

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Wycof.

  1. Ciekawa opowiesc, jak zawsze czytalam z zapartym tchem co sie wydarzy. Na pewno jeszcze wyrownasz rachunki tylko sie pogoda poprawi 🙂 Trening jak wiadomo czyni mistrza. Piekny tekst, pozdrawiam

  2. Świetnie napisane opowiadanie. Porażki czasami więcej uczą niż sukcesy. Każde działanie powinno obejmować plan B w tym z zgodnie z nomenklaturą wojskową: wycofanie to odwrót na z góry upatrzoną pozycję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *