W cieniu Kościelca. O sztuce zawracania.

Wyruszamy z Kuźnic pod hasłem: zdobywamy Przełęcz Karb, a potem się zobaczy. Już samo wejście na Halę Gąsienicową stanowi piękną wycieczkę, a co dopiero wyżej. Tak czy siak, zysk radości wewnętrznej zaliczymy. Cieszy też poznanie nowych szlaków, a z każdego miejsca góry trochę inaczej widać. Pogoda tylko zachęca do wysiłku. Startujemy żółtym traktem przez Jaworzynkę, poruszając się wśród zieleni i kwiatów. Potok szemrze, zachęcając.

🏔🏔🏔

Dosyć mozolna, acz urokliwa droga, wyprowadza nas pomiędzy Kopami na słynną halę. Jeszcze przed znanym i opluwanym schroniskiem M. mijamy sporo interesujących obiektów. Stoi Betlejemka (czyli domek PZA), stacja badawcza IMiGW (czyli prognozownia), jakieś bacówkoszałasy (czyli zabytki) i co chwila słup z tabliczkami (czyli szlakozmył). Panorama – co jest w tym miejscu normą nudną – zniewala: od Kasprowego przez Świnicę i dalej calutka Orla Perć. A na środku On.

Zasuwamy przez zieloną część doliny, słusznie zwaną pojezierzem. Teraz taka pora i klimat, że wszystko tam szumi, płynie, topnieje, szemrze, moczy, paruje, nawilża i się maźgla. Liczba mokrych kamieni pod stopami kształtuje się hojnie. Im wyżej, tym mniej ludzi, a śniegu więcej, lecz raczej symbolicznie. Mijamy kolejny rekord – na stawie mości się najwyżej położona wyspa w Polsce – i lądujemy na przełęczy. Robimy przerwę na termosy i podnosimy wzrok w górę.

Nad nami urywa niebo skalna piramida. Ogrom i ponure barwy przytłaczają. I może stąd, mino trudnego szlaku, nie ważono się opasać Kościelca łańcuchami. Trzeba zdobyć szczyt skałą, ziemią i śniegiem, a nie żelastwem.
Spoglądamy w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego na żleb, którym prowadzi wariant zimowy. Robi się zimno w okolicy pleców i to bynajmniej od leżącego śniegu. Stromizna i taka lufa, że wejście tędy wydaje się szaleństwem, a zejście – proszeniem się o kłopoty. Nie dodaje nam to animuszu, przyznaję.

🏔🏔🏔

Odpuszczamy. Kościelec poczeka. Nie czujemy swobody, a musu nie ma. Zwracamy oczy ku dolinie, skąd dobiega tupot. Hyc, hyc i kilka kozic przebiega przez przełęcz, dosłownie po plecakach. Znikają w czeluści, ale dla nich to wygodny chodnik. Wizyta sympatycznej rogacizny od razu poprawia humor.

🏔🏔🏔

Podchodzimy pod – o wstydzie ceprowski – Kasprowy Wierch. Wariant przez Liliowe nie pozbawia jednak odrobiny emocji: tu i ówdzie strome pólko śnieżne trzeba czujnie przetrawersować. Przez Beskid dostajemy się w ludzki wir na szczycie. Wypada nam tu posiłek i wiecie co? Nie wygląda to wcale tak źle, ani cenowo, ani czasowo. Podobnie zresztą jak w Murowańcu: bufet działa sprawnie, a w wielu miejscach na dole drożej. Szarlotka tu i tu godna polecenia.
🏔🏔🏔

Schodzimy w dół zielonym szlakiem, a nad głowami furgoczą wagoniki kolejki. Spoglądamy na Giewont i Czerwone Wierchy, powoli planując kolejne dni. Całkiem długa wycieczka nam wyszła. W Kuźnicach ruch powoli zamiera. Wskakujemy do Hjundka i wracamy na kwaterę zmęczeni.

🏔🏔🏔

Spod drzwi odwracam się w kierunku gór. Kościelec zasypia, gasząc cienie wokół. Czeka.

🏔🏔🏔

Łukasz Klaś

2 thoughts on “W cieniu Kościelca. O sztuce zawracania.

  1. No i dobrze ze zawrociliscie. Bardzo madra decyzja. Tez bym zawrocila. W Tatrach nie ma zartow. Na Koscielec jakos nigdy mnie nie ciagnelo, bo nie ma czego sie zlapac, choc widoki pewno ciekawe. Kolega mnie namawia na Swinice od Liliowego. Przemysle to jeszcze 🙂 Fajny post Lukasz 🙂 Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *