Podbiegi tatrzańskie. Hasanie po kopułach szczytowych.

Wyruszamy na mocniejszą wycieczkę, planując po drodze wspinaczkę na kilka solidnych wierchów. W Tatrach Zachodnich można znaleźć takie górki. Zamierzamy zdobyć Grzesia, Rakoń, Wołowiec, Jarząbczy i Kończysty. Nogi otrzymają solidną dawkę stromizny. Pogoda dopisuje, ostatki śniegów żegnają zimę. Startujemy ze schroniska na Polanie Chochołowskiej.

🏔🏔🏔

Pierwszy: Grześ. Zaczyna się w lesie, podnosi w kosówce i finiszuje na hali, gdzie nic już nie skrywa stromizny. No, to tylko 1653 m npm, zatem dyszeć nie wypada, więc tylko świszczymy. Widoki wynagradzają, usprawiedliwiając krótką przerwę.

Drugi: Rakoń. Z poprzedniego wierzchołka widać całą drogę; czy to pomaga? Wchodząc mijamy kilka fałszywych szczytów, znacie to z gór? To już? Nie. Już? Nie. Do pięciu razy sztuka, w końcu udaje się.

Trzeci: Wołowiec. Napieramy na dwutysięcznik. Trasa rysuje się klarownie: 250 metrów pod chmurkę, prosto kopułą wieńczącą masyw. Uda otrzymują rzetelną dawkę pracy. Z obydwu stron urywają się stoki, mające ambicje bycia przepaściami. Nie straszą, lecz skłaniają do uważnego stawiania stóp. Widoki? Owszem! Na przykład znakomicie widać dach schroniska w dole; ściany już trudniej dostrzec. Na czubku chłodnieje, z boku płaty śniegu bielą. Dyszymy z lekka.

Czwarty: Jarząbczy. Nasz najwyższy i najtrudniejszy cel. Już zejście z Wołowca, przez Łopatę, na przełęcz, stanowi pewne wyzwanie. Ścieżka wąsko się wije, to tu, to tam z lekka lufą strasząc. A na koniec ekspozycja ustępuje miejsca miłemu kopczykowi, każącemu 300 metrów w pionie równym, mocnym nachyleniem pokonać. Staram się myśleć o korzyściach treningowych. Mózg oporuje, domagając się odpoczynku. Walka trwa pół godziny, a na koniec miła niespodzianka: miejsce oznaczone jako szczyt, wcale nim nie jest. Trzeba jeszcze kilkadziesiąt solidnych kroków po skałach przedreptać i to już na terytorium Słowacji. W nagrodę czeka schron z kamieni, pozwalający w spokoju delektować się widokami, herbatą i tlenem.

Piąty: Kończysty. Tu już jest trochę lżej, gdyż z poprzedniej góry więcej się schodzi niż wchodzi. Po grani tuptamy po naprawdę ostatnim w tym roku śniegu. Teraz jest już tylko w dół. Słońce dopieka, lecz woda z topniejących resztek miło chłodzi. W dolinie czeka bufet w schronisku i szarlotka w polewie jagodowej. Można sobie pozwolić, choć głupi zegarek sugeruje jakoś mało spalonych kalorii. Złom, drań, szrot.

🏔🏔🏔

Tatrzańskie podbiegi mówią nam i Wam: do zobaczenia!

🏔🏔🏔

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *