Ostro w górę.

Lubię takie poniedziałki.

Podbiegi, standardowo wchodzące w skład treningu, odbywamy zwykle na krótkich odcinkach dostępnych w mieście. Warszawa nie oferuje zbyt dużego wyboru! Mieszkańcy Tarchomina najczęściej ćwiczą na chodniku wspinającym się wiaduktem mostu Marii Skłodowskiej-Curie. Nuda… Z tym większym zapałem, wykorzystując wielkanocowanie krakowskie, wyruszam katować się w góry. Potrzebuję krótkości, stromości i dogodnego dojazdu; ergo – cel namierzony – Szczebel.

🍀🍀🍀

Dzięki unowocześnieniu Zakopianki, bah! – wczesnym rankiem melduję się w Lubniu po trzech kwadransach. Parkuje się tu komfortowo, za darmo, do wyboru plac przy cmentarzu, kościele, szkole, sklepie… Eh, żeby tak w Zakopanem oferowali. Zastaję pogodę mglistą i siąpną, czyli właściwą, wszak: burza naszym jest żywiołem. Ruszam żwawo czarnym szlakiem, rozpoczynającym się w centrum Lubnia. Przede mną pięć kilometrów na szczyt. Pierwsze metry prowadzą asfaltem, odmiana górska.

Trasa przeskakuje kładką nad ekspresówą, lekko wznosząc się na trawersie. Taki odcinek na początek dobrze rozgrzewa, pozwalając płynnie wejść udom w podbieg. Wcześniej jednak wstrzymuje mnie błoto. Brrr – droga na całej szerokości została zmasakrowana staraniem czyniących zwózkę drewna. Przez kilkaset metrów kluczę, próbuję obchodzić lasem, skakać po bokach. Niewiele to daje w kwestii wyglądu butów – uświniłem się jak warchlak na bagnach. Klnąc pod nosem przeskakuję przez strumień, z nieśmiałą nadzieją biorąc zakręt prowadzący prosto pod górę. Uff, widać koniec mazi. Szlak prowadzi dalej normalną, beskidzką drogą, zostawiając tartaczne akcenty gdzieś z boku. W tym miejscu mijam dosyć zgrabną kapliczkę i niezbyt ładną, solidną wiatę, gościnnie zamkniętą solidną kłódką. Jestże to sezonowość czy seperatyzm uprzywilejowanych? Mniejsza! Brzegiem nieśmiało zieleniącej się łąki zagłębiam się w las. Pogoda utrzymuje się w kolorach nieprzejrzyście smętnych.

🍀🍀🍀

Szlak staje dęba, Szczebel szczerzy zęby kamieniami. O to chodzi! Taki trening znakomicie wyrabia siłę nóg. Nieregularność ścieżki górskiej wszechstronnie kształtuje mięśnie. Uda płoną, dostając dawkę zróżnicowanego wysiłku: raz stromiej, raz płaściej, krócej, dłużej, wąsko, kręto, szeroko, ślisko, twardo… Znakomita robota, świetnie komponująca się z regularnymi treningami biegowymi. Uzupełnia i urozmaica zwyczajowe podbiegi na wymierzonym, asfaltowym odcinku. Polecam.

🍀🍀🍀

Przenoszę się wyobraźnią do tropikalnego lasu deszczowego. Wszystko się zgadza: ciężkie powietrze nasycone wilgocią, zieleń drzew, mchów i porostów, strumień w dzikim jarze, śpiewające ptaki… A co z temperaturą? Też odczuwam dżunglowo: przy tym tempie jest mi gorąco, a grzbiet paruje. Otacza mnie puszcza nieomal amazońska. Wrażenie potęguje napotkana salamandra, pyszniąca się żółtym, egzotycznym wzorem plam. Tylko lian brakuje.

🍀🍀🍀

Mijam wielką atrakcję szlaku: jaskinię Zimna Dziura. Czeluściasty otwór robi wrażenie, rozmiarem i malowniczością zarówno. Kusi zaglądnąć do środka, lecz to nie czas i warunki po temu. W Beskidach rzadko występują speleologiczne cuda, stąd widok zapada w pamięć. Zobaczcie sami na fotografii w komentarzu facebook.

W czasie wycieczki nie spotkałem nikogo na szlaku. Dobrze jest pobyć sam na sam z naturą. Ptaki wiosnę czynią: rozpoznaję trznadle, pierwiosnki, zięby, sikory, dzięcioły, sójki i kosy. Towarzystwo śpiewem umila wysiłek. W bok zmyka sarna, a powyżej groty akcentem wielkanocnym kica dorodny zając. Puszcza szumi wichrem, deszczem i potokiem. Wszystko jest na swoim miejscu.

🍀🍀🍀

Błoto pryska, kamienie gruchoczą, ciężko sapiąc gramolę się wyżej i wyżej. Dopinguję się do większego wysiłku wizją efektów w progresie mocy. Nudne nadzieje… Przed samym szczytem Szczebel funduje symboliczną dawkę śniegu. Zdobycia góry do zimowego rejestru raczej nie sposób zaliczyć. Czas wbiegnięcia 55 minut – taki se. Na czubku – 976 m npm – zastaję mgły; nici z widoków. Fotografuję kilka standardowych beskidzkich artefaktów: szlakowskaz, mapę, tablicę papieską; ciekawistką jest wysoki maszt z polską flagą. Lekki wiatr potęguje uczucie chłodu, zatem poczuwszy się chwilę zdobywcą wielkiego wierchu, zmykam w dół.

🍀🍀🍀

Zbieganie stanowi nagrodę za wysiłek. Powrót zawsze jest łatwiejszy, można trochę oszukać ześlizgiwaniem. Temperatura wzrasta, deszcz ustał, tylko błoto zostało. Beskidzka dżungla ciągle oddziałuje magicznie. Ogarnia mnie miłe uczucie po niezłym treningu, znane wszystkim szuraczom. Mokry, a szczęśliwy wskakuję w suche ciuchy, bez problemów meldując się w Krakowie.
W górach się biega, żyje i zachwyca.
🍀🍀🍀


Łukasz Klaś

3 thoughts on “Ostro w górę.

  1. Faktycznie czarny z Lubnia dosyc wymagajacy. Tez sapalismy idaxc pod gore, ale co dziwne dziewczynki nie narzekaly ze ciezko. Do Zimnej Dziury zagladaly z ciekawoscia. Kiedys musze z Kasinki isc na Szczebel.

    Fajny post, pozdrawiam serdecznie

  2. No poniedziałkiem w Lubniu też bym nie pogardziła (jestem z okolicy, gmina Raba Wyżna, WIĘC WIEM CO MÓWIĘ! :D). Zazdroszczę jak wściekła, zwłaszcza że nawet nie mogłam wrócić na święta w rodzinne strony :/

Pozostaw odpowiedź Kasia Dudziak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *