Zaszłość nr 40.

Wpis sprzed roku, na prośbę – jeszcze nie z bloga. 🙂

Lubię poniedziałki…
…papierowo godnym jest tydzień zacząć.
Dłubanina, próbująca grzebać w istni naszych ludzkich bied i porywów ducha, zwana literaturą, z papierem się kojarzy. Trwa era (erka, warkną konserwy, ja z nimi) komputerowa; nie zaprzeczając, jednak za lubym szelestem kart książki czy gazety się opowiem. I mimo, że sam często z cyfrowych udogodnień korzystam, zdarza mi się pióro (dobra, długopis) do ręki wziąć, humoru przy tym zażywając, gdyż często na drugi dzień mozolnie mnie samemu te gryzmoły odczytać. Kura pazurem to przy Łukaszu Klasiu mistrzyni kaligrafii.
Ale papier ma także wysoką pozycję na liście infamitów: biurokracja. Dokumentacja zastępująca rzeczywistość lub chociażby od niej ważniejsza to droga donikąd. Co istotniejsze – mecz czy protokół? Trening czy lista obecności? Odfajkować nie znaczy przeżyć. Kolumny zestawień w tonażu wolumenów tylko kurzowi służą, tlen zabierają, a jeszcze… wiadomo, co trzeba ścinać do produkcji. Smutne. Czy komputery zmieniły sytuację na korzyść? Śmiem wątpić.
Potem się w tym wszystkim ludź dusi. W zusie jesteś pozycją na wykazie. Wiadomo nie od dziś, że owoc żywota twojego je zus, zredukowawszy nas przy tym do znaczka przed pieczątką. I tak wszędzie, wszędzie. Nawet (przede wszystkim?) w sporcie. Urzędnik sportowy, oj, jak to brzmi.
Piękną ideę zarząd mojego klubu zażegnąć zapragnął, wybrawszy się po licencyję oficjalną do PZLA. Łatwe, powiadają. Formalność, powiadają. Ludy! Ludy! Poszedł prezes groźny z piękniejszą częścią zarządu w bój. Papier. Papier. Urząd – papier. Papier. Urząd. Czy mówiłem już, że papier? Z trwogą, troską i baczeniem obserwowałem, jak z każdą wizytą oblicza im bledną, pot czoła zrasza, ręce się trzęsą, z ledwością utrzymując… Tak. Papier. Podanie, wniosek, orzeczenie, odmowę, namowę, protokół, listę, wpis, wypis, zapis, napis, odpis i srospis. A lasy Amazonii (Białowieży tudzież) pokotem. Walczyli, jak Ripley z alienami. Przy czym ksenomorfy to przy PZLA niewinne baranki. Gdzie! Jagniątka drobniutkie nieskalane. Toczyli boje z tym Lewiatanem. A jakże, papierem. Andrzej, o Agnieszce nie wspominając, wyglądał, jakby ultramaraton o jednym żelu pokonał. Kto papierem wojuje, od papieru ginie. Wszelako nasi, co przejdzie do annałów, stworę zmogli. Licencja jest, z paszczy smoka wydarta. Piękna. Papie… kurva, wiadomo jaka. Klubowa. Bo żeby z niej skorzystać, każdy zawodnik klubu musi wyrobić swoją licencję. Tu was zaskoczę. Nie papierową. Dziwne, prawda? O co tyle zamieszania? O oficjalność. Ot, za trzy tygodnie maraton: Mistrzostwa Polski. Oficjalne. PZLA. Jeśli wygram mawszy licencyją, jestem Mistrzem Polski. Jeśli wygram, nie mawszy, nie jestem Mistrzem Polski. Proste.
W tym miejscu dygresja: nie zgadzam się na słowo lekkoatletyka. Krew mnie tężeje i ślozy płyną, kiedy słyszę/widzę tego językowego potworka. Od Greków starożytnych po wieki wieków sport kanonem stoi: lekka atletyka (biegi, skoki, rzuty) i ciężka atletyka (podnoszenie ciężarów i sporty walki). A, naturalnie, mamy: lekkoatletyczny. Przymiotnik. Piękny. Natomiast lekkoatletykę deską nakrywam, wrzuciwszy do tabloidowego kompostu, czystą wodą kultury wyższej spłukując. (Tu następuje trzaśnięcie pięścią w stół).
Wszakże i papier różne zastosowania ma i odmiennymi nieraz skojarzeniami bywa w czaszkach ludzkich umiejscawiany. Ot, onegdaj postawiony zostałem w stan wrytości, kiedy to różowe usteczka (należące do główki wyjątkowo kształtnej!) spytały:
– Mówiłeś, że w jakimś konkursie weźmiesz udział?
Szczęśliwy, że dostrzega we mnie literata, odpowiadam.
– Tak, miła, już w kwietniu.
– I w gazecie będzie?
Wierzy we mnie!
– Tak muzo ma, jak wygram, to i na szpaltach zaistnieję!
– A strasznie będą cię palce bolały?
Hm.
– Ja dosyć sprawnie na komputerze piszę…
– Nie, nie, bo jak w gazecie konkurs, to pewnie dużo trzeba będzie zdrapek zdrapać.
Poddałem się. Wygrała.
Nie będzie moją żoną.
Niemniej ciekawy trop.
Przeca różne ciekawe artefaktacje możemy z papierem wyczyniać, ku radości i podziwowi świata. Latające samolociki. Zdrapki, słowo się rzekło jej, trudno. Dni z kalendarzem przemijanie. Muchy natrętnej odgonienie. Tyłka podcieranie. Zakochanych przez listy obcowanie. Ulotek drukowanie.
I klepsydra.
Amen.

2 thoughts on “Zaszłość nr 40.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *