Zapuszczamy się.

To, co proste, bywa nudne. Szukając niebanalności, podążamy na północ, zwabieni zawirowaniem w samej nazwie. Niedzielna wycieczka nie podlega kwestii; pogoda zakwitła za oknem jesienią wręcz obłędną. Krzywa Góra brzmi świetnie, a jeszcze tych rejonów Kampinosu nie zwiedzaliśmy. Naprzód, vamos, allez, vorwärts, go!

Podążamy ku okolicy odleglejszej od Warszawy, okrążając całą wschodnią połać puszczy. Znajdziemy mniej cywilizacji, a więcej natury. Wałęsając się, spotykamy rezerwaty, drzewa, błota, ścieżki, dukty, rozdroża, ściółki, łąki, głazy, piachy, liście, kolory, nieba, korzenie, uroczyska, wspaniałości. Wszystkie te delicje wchłaniamy w siebie, dziękując aurze, iż obdarzyła nas bezchmurnością, jakby wynagradzając nam troski tych niełatwych czasów.

Słońce spogląda ironicznie; nieważne – grunt, że przygrzewa.

Na parkingu stoi zdumiewająco wiele pojazdów; liczyliśmy na mniejszy ruch. Frekwencję w lesie czynią przede wszystkim grzybiarze i cykliści. Mijamy też kilka grupek spacerowiczów. Natomiast honoru biegaczy bronimy tylko my. Na całej trzynastokilometrowej trasie nie dostrzegamy ni jednej siostrzanej czy bratniej duszy. Ha, trudno! Jeśli jednak czytacie to, gorąco zachęcamy do kampinoskich wypraw. Startujemy z leśnego parkingu w Secyminie; uwaga, końcówka dojazdu to wyzwanie dla amortyzatorów. Zapuszczamy się prosto na południe żółtym szlakiem. Potem, skręciwszy w lewo, czerwonymi znakami dobiegamy do niebieskiego, którym prosto na zachód domykamy naszą pętlę.

Nasza trasa prowadzi wygodnymi, szerokimi drogami. Znakomicie nadaje się na spokojne wybieganie. Nie zaznajemy większych trudności, a czas mija nam bardzo szybko.
Szczególnie urokliwy okazał się czerwony szlak. Wpierw prowadzi podnóżem Krzywej Góry, opadając z drugiej strony do bagnistego olsu. Potem wspina się na grzbiet, wiodąc lekkimi nierównościami. Ładnie wygląda knieja oglądana z góry. Polecamy, bo to raczej rzadkie w Kampinoskim Parku Narodowym, gdzie zwykle ścieżki nie wspinają się na wzniesienia.


Jak opisać twój powab, jesienna kniejo? Gdzie popatrzysz, tam pięknie. Mchy się jeszcze zielenią, drzewa żółkną, a paprocie niezdecydowane, czy brązowieć hurtem. A można i kwiatek utrafić – w listopadzie! Grzyby rosną… jak grzyby po deszczu, a ich amatorzy mają wyjątkowo długi sezon.

A nam się słońce schowało, ale nie szkodzi. Świat pastelowy ma swe powaby.

Odwiedzamy dąb Romana Kobendzy i pamiątkowy kamień. Inicjator powstania parku i ochrony jego przyrody w pełni zasługuje na takie memoria. Trzystuletnie drzewo szumi o jego dziele; niechże tak zostanie na pokolenia w przyszłość.

Kroku nie postawisz, żeby w koncept ci nie weszły liście. Nacierają zewsząd, natrętnie, namolnie i nachalnie. Szumią, spadają, szeleszczą, kolorowieją i w kalendarz pukają. Listopadzie, niezbyt srogi nadciągnąłeś, lecz twoi posłańcy spod nieba zlatują. Ich to pora, zatem cieszymy się nimi, zanim biała bladość chłodnym puchem ich nie pokryje. Jesieniom wszystkim dajcie zapanować teraz nad światem.

***
Dziś Wszystkich Świętych. Heroizm postaci z kart historii tu się spina z darem przyrody. I razem, oni i te drzewa, głazy, paprocie, to wszystko jakoś święte.
I nawet ci cholerni grzybiarze, co pod nogi włażą.

***

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Zapuszczamy się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *