Wiatrołom.

Las rósł bujny i zdrowy, kłując swą kipiącą żywotnością w oczy cherlawych przyjezdnych.

-Piękne drzewa! -Chwalili, a pod płaszczykiem zachwytu przelewała się woniejąca żołć, bezsilnie bulgocąc z cicha. Bór szumiał z wyższością, nietknięty.

Już przy samej ziemi, glebie odżywczej, matczynej, poczynała się moc, średnicą pni krzepko ofiarując pionowi opokę, zda się, niezniszczalną. Grube, krwiste sokami bale śmigały ku niebu, to tu, to tam konar w bok puszczając.

Spaśna kora pancerzem żywym rdzeń otulała, chroniąc i scalając. Wyżej gałęzie z niedoścignioną doskonałością proporcji stopniowo malejąc, kształtowały zarys korony idealny. W zieleń szły a to igiełki, a to listki, pączki, pędy, szysze i kwiatki gdzieniegdzie. Łączyło się wszystko całością niepoprawialną, dzieło natury samo w sobie błogosławiąc. Drzewo! Od korzeni po sam czubek, najdoskonalsze, było najstarszym i największym dziełem przyrody ożywionym, jakie wydała ta planeta od wieków.

Wielość zaś pni, gałęzi i liści stanowiła potęgę nieujarzmioną, zamkniętą w słowo krótkie niczym grom.

Las.

Wszystko wokoło służyło, za łaskę to sobie poczytując.

Wiatry gładziły, poszumem pieszcząc. Słońca grzejąc, karmiły energią nieprzerwaną. Deszcze poiły, z pyłu czyszcząc. Chmury w spiekę osłaniały, cień i wilgoć ofiarując kłębiaście. Ziemia karmiła, najsmaczniejsze soki serwując. Zwierz błogosławił, człowiek czołobitnie patrzył, oczy sycąc potęgą.

Puszcza królowała.

***

Wróg zaatakował z dwóch stron, lecz nie w oczywistości przestrzeni od lewa i prawa. Napadnięto od środka i z zewnątrz jednocześnie, zamykając ofiary w otoczenie kompletne.

Zaczęło się z wolna, lekko, ledwo ciszę łamiąc. Zaszumiał dobrotliwie – niby – wietrzyk, delikatnie powietrze musnąwszy. Lecz nie budził się łagodny Notos z południa, o nie. To zza polarnego horyzontu wychylać się zaczął okrutny i zimny pan północy: Boreasz. Wziąwszy za kompanię burze, deszcze i gromy głośniał wciąż. Silniej i straszniej wył, giął i szarpał, coraz mocniej napierając. Wicher dął, zionąc zniszczeniem.

A od środka napadła inna armia, mała, a liczna, mrowiem się rozlewając. Wygłodniałe hordy mikroskopijnych gąb darły, drążyły, żuły, połykały! Zostawiały za sobą niteczki pustki, potem sznury, węzły, przestrzenie nicości. Pochłaniały nienasyconym łaknieniem miąższ i łyko, z pnia na pień się przenosząc. Osłabiły od środka potęgę, kruchym czyniąc mocarne wczoraj królestwo.

I uderzył z wściekłością wicher, wydrążonym drzewom klęskę zadając ostateczną. Łamały się gałęzie i konary, z wrzaskiem pękały najtwardsze ongiś bale, korzenie wyłaniały się na powierzchni, ziemię rozrywając. Huk tylko się rozlegał, trzask straszliwy łamanych spoistości, chaos, groza, zniszczenie! Pokotem legła puszcza, w chaosie pokiereszowanych niczym zapałki pionów. Cmentarzysko zaległo martwe, plątaniną niby-krzyży niebom pomstując.

***

Ruch w interesie się zmniejszył. Turyści omijają szlaki prowadzące przez pola klęski.

-Nie podobają się nam te połamane chaberdzie. Chcemy oglądać zielony las.

I tłumacz im, że to wiatr. Że korniki.

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Wiatrołom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *