W górę, na górę, pod górę.

Stajemy na starcie, grzecznie ustawiając się podług mocy w płucach i mięśniach. Tkwię w trzecim rzędzie i dzięki temu rozpościera się przede mną piętnaście metrów płaskiego terenu, stanowiące jedyny taki odcinek mej dzisiejszej drogi. Dalej trasa faluje, raz stając dęba, potem litościwie tylko małego dąbeczka gdzieniegdzie, by w kilku fragmentach dać prawdziwego dębiszcza. Patrząc wprost przed siebie zawsze widzisz trakt i to raczej bliżej niż dalej przed oczami. I o to chodzi nam, twardzielom, wspinaczom, sky runnerom, mistrzom! Płaskości są dla asfaltowych mięczaków, my głowy ku niebu wznosim. Niecierpliwie czekamy na odliczanie, niczym kozice górskie wciągając w nozdrza kuszący zapach hal. Zew grani nas woła; jeszcze każdy czuje się mocarzem, przed którym drżą wierchy.

Naprzód.

***

Bieg w stylu alpejskim jest rozgrywany w terenie stale wznoszącym się, a jego meta zwykle znajduje się na szczycie. Należacy również do biegów górskich styl anglosaski polega na pokonywaniu tras z podbiegami i zbiegami.

***

Strzał startera wzburza i tak gotującą się już krew, spuszczając wściekłą sforę ze smyczy. Dwa łokcie temu z lewej, łokieć od tego z prawej i stawka rozciąga się. Napieram, czując dziwną lekkość. Tempo wydaje mi się zacne, duch płonie rzadzą walki, podsuwając wyobraźni co najmniej podium w kategorii wiekowej. Teren lekko podnosi się, uruchamiając zadyszkę – lecz kontrolowaną przecie. Rytm rąk, rytm rąk, głupcze! Kolana zbliżają się do brody, ten cholerny trakt znów stromieje. Spoglądam przed siebie i widząc błyskawicznie oddalającą się czołową grupę, żegnam marzenia o jakichkolwiek sukcesikach. Tryb „ukończyć z godnością” uruchomił się sam.

Dlaczego biegów alpejskich rozgrywa się mniej niż anglosaskich? Z jednej strony rolę grają trudności organizacyjne, wszak metę trzeba zorganizować w innym miejscu, często z utrudnionym dostępem. A może na taki wysiłek mniej znajduje się chętnych?

***

W tym miejscu według mapy powinno nieco odpuścić, a nie odpuszcza. Nie patrzę na tętno, boję się. Po co mi to było, góry nie służą do biegania. Praca rąk, głupcze. Teren wznosi się. Nie widzę nikogo przed sobą, za to z tyłu goni mnie chyba wataha wściekłych dinozaurów. No nie, ta ściana ma chyba ze czterdzieści stopni. Tryb „ukończyć z resztkami godności” włączony. Przechodzę do marszu, mając to w dupie.

***

Mistrzem Polski w Biegu Alpejskim jest Kamil Jastrzębski, który wbiegł na Śnieżnik (10km/1000m) w 48:44.

***

Mam wrażenie, iż wyprzedzili mnie już wszyscy, w tym kobiety, dzieci i komplet kategorii 70+. Sytuacja mojego biegu uległa przekonstruowaniu: nie przechodzę do marszu, lecz z rzadka przechodzę do biegu. Dobrze mi z tym. Duma i godność są przereklamowane. Tryb „ukończyć byle jak” wygrywa. Zatrzymuję się, wytężając pamięć w kwestii pryncypialnej: czy w tych zawodach obowiązuje limit czasu?

***

Odmianą „industrialną” biegów alpejskich są zawody na schodach wieżowców: towerrunning. Nasz rodak, Piotr Łobodziński, jest najlepszy na świecie.

***

Przez mgiełkę, strugi potu i jakieś dziwne kolorowe plamy dostrzegam napis „meta”. Nie dowierzam i na wszelki wypadek dotykam drżącymi dłońmi medalu zawieszonego na szyi. Nie znika, zatem chyba ukończyłem bieg. Zdobyłem górę. Ratownik medyczny pyta, czy wszystko w porządku. Patrzcie go, troskliwy! Oczywiście, że w porządku, już i serducho się uspokaja, tętno schodzi poniżej 180. Toczę wzrokiem finiszera i próbuję wstać. Chyba miałem lekki zapas, przecież nie kończyłem ostatni. Styl alpejski to jest to, ten ryt zostanie już ze mną na zawsze.

Niziny są dla mięczaków.

Łukasz Klaś

6 thoughts on “W górę, na górę, pod górę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *