W górę i w dół.

Biegowo.

Nie da się całe życie po płaskim. Chociażby dla urozmaicenia czasem wbiegamy w pofałdowany teren, mając świadomość, iż kiedyś się przyda. Ileż to razy spotykamy przyjemny podbieg na trasie reklamowanej przez organizatorów jako szybsza od F1 i bardziej płaska niż tafla kałuży. A jakże miło uczynić przyjaciołom przysługę, zapewniając o braku chociażby symbolicznej wzgórzowatości. Cudownie czujemy się wytrzeszczając oczy w najszerszym zdziwieniu na późniejsze pretensje: no chyba nie uważasz tego za podbieg!

Niemniej dylemat skrzeczy: lepiej w górę czy w dół? Na wzniesienia, wzgórza, szczyty zdrowiej dla stawów, ale zadyszka czyha. A znów z grawitacją pod rękę na pazurki: płucom lżej, ale więzadła trzeszczą i czwórki dostają solidne regime. Zatem zgniły kompromis: do góry powoli, w dół szybciej. I oba uprawiamy luźno puszczając mięśnie; łatwo napisać. Albo też przełajem po lekko pofałdowanej nierówninie: aby nie zmęczyć się za mocno, ale i życzliwym nie zostawić opcji wycedzenia: płasko. I po dylemacie. Z każdego bagna da się wyjść.

Bez pośpiechu. Fot. Karolina Krawczyk/Monte Kazura

Marszowo.

W tej materii chyba wszyscy się zgadzają, że jakoś przyjemniej schodzić. Dla organizmu i jego aparatu ruchowego (ładnie naukowo brzmi) podobnie efekty się mają jak przy bieganiu. Niemniej nikt nie żywi wątpliwości: lepiej z Giewonta schodzić, niż na Giewonta włazić. Tym bardziej, iż rozkoszna perspektywa stajni z paszą i poidłem przed oczyma duszy widnieje. Ciekawym by było, gdyby powierzchnia naszej planety oferowała doły, a nie tylko góry. I zmuszałaby turystów do schematu: najpierw w dół, a z powrotem do góry. Oj, ciężej dla psychiki się jawi. Ale oryginalnie brzmi: Korona Dołów Polskich, na przykład. Najniższe wgłębienie powiatu. Biegi dołowe. Dołuj się razem z nami. A Bielecki musiałby najpierw do takiego, powiedzmy: D2 zjechać na nartach, a potem martwić się jak wyjść. Ech, pomarzyć. Niemniej zapytajcie kogoś wlokącego siaty z zakupami: wolisz zejść dziesięć pięter czy wyjść? Tęsknota za obniżaniem odzywa się na każdym – nomen omen – kroku. W przypadku awarii wind cięższe bluzgi słychać z parteru niż z poddasza.

Luźno, luźno. Fot. Karolina Krawczyk/Monte Kazura

Życiowo.

Mówi się, zaprawdę: ja to mam ciągle pod górkę. No to adekwatnie do powyższych specyfikacji mięśniowych można by stwierdzić: zdrowszy będziesz, raduj się. Pocieszenie, zaiste. Nos do góry. Ale też krzyczymy: Hände hoch (z niemiecka łagodniej brzmi), a nie każemy łapsk opuszczać. Czyli wyżej wcale nie znaczy lepiej; wolimy celować niż być na celu. Znowuż –  pisanie wierszami od góry do dołu przyjęte, acz istnieją wyjątki w egzotyce: gdzieśkąd tambylcy dają radę. Zatem świat faluje i nie przesądza: kto powiedział, że wstąpić na niebiosa ciekawszym niż zstąpić do piekieł będzie? Przynajmniej cieplej i kolory żywsze.

A frywolniej nawiązując i w kontaktach damsko-męskich dwubiegunowo bywa. Takie podejście pozwala właściwy balans utrzymać, jako mistrz Jan pisze:

Żeby równowaga nie była zwichnięta

Podnosząc spódnicę, spuszczała oczęta.

 

Bo miłość istnieje i jest piękna.

Czego i Wam życzę.

 

Łukasz Klaś

 

8 thoughts on “W górę i w dół.

  1. A Jan Kobuszewski,jako Dziadek Poszepszyński śpiewał:
    „Życie jest średnie,ani dobre,ani złe;
    wspinasz się w górę,aby znaleźć się na dnie”.
    Coś w tym jest…

    Wolę jednak optymizm Autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *