Upał.

Dozwala nam bogactwo i giętkość języka ojczystego (z ukłonem dla Pań: macierzystego) różnorako słowo owo odczytać.

Dla planistów gospodarczych oznacza ono wynik spalania uzyskany w danym okresie, liczonym statystycznie; ot, dane do GUS. Przykład: upał dzienny.

Dla lamentyków klimatycznych upał to anomalia. Wróży katastrofę, ludzie opamiętajcie się, nie używajcie dezodorantów i nie dokarmiajcie pingwinów. Z niedźwiedziami polarnymi co innego: najprościej załatwić tę sprawę wojażując na Spitsbergen, koniecznie bez broni. Efekt: misie białe dokarmione, a wy miłego chłodu zaznacie, kontemplując od spodu płytę zastawioną doniczkami z chryzantemami. Zakładamy tu milcząco, że w myśl zasady: non omnis moriar, choć jeden szczątek do domu powróci. I problemy z klimatem załatwione.

Jak rozumieją upał Eskimosi, to jest zagadnienie co najmniej hamletowskie. Byt, którego nie ma – takie zdanie za bloki startowe wybrawszy, dobiegniemy dowolnie daleko po szerokiej bieżni filozofii. Kto ma ochotę, zaczyna rozważania, od dyskusji nie umykam, komentarzy oczekując. Azaliż tekst ten nie o ontologii stricte traktuje; zatem otarłszy pot z czoła, kontynuujemy rozważania wysokich temperatur, Inuitów z ich dylematem zostawując.

Jak pojmują upał mieszkańcy tropików, to kwestia wręcz pacanowska: Koziołek Matołek żarliwie wierzył, że gdzieś kozy kują. Z informacji w prognozie: nadciąga fala upałów, temperatura przekroczy 30°C, każda zebra na równinach Serengeti by się uśmiała. Rżenie owo przekreśla szansę tambylców na narzekanie: ależ dziś gorąco. Wolno im szukać, droga, nie cel stanowi wartość. Wszelako zawsze obejdą się smakiem: tam już słupki termometrów wyżej nie podskoczą.

Jeślić czytelnicy na neologizmy nie wybrzydzają, to służę publice: upał to czas przeszły w trzeciej osobie liczby pojedynczej od czasownika upać. Wypadałoby tylko znaleźć jakieś zgrabne znaczenie dla tak pięknie brzmiącej czynności. Upam, że się Wam upa.

Od października począwszy, na marcu kończąc ciepełka wyglądamy, a jak już nadejdzie kanikuła, to huzia, na cholerny upał narzekamy, niekonsekwancją grzesząc. Ja źle gorąco znoszę, lubię biegać około 10°C, wszakże – na Heliosa Promienistego – staram się jaśniejszą stronę rzeczywistości chwalić. Żar ma swoje zalety.

W naszej strefie klimatycznej przynosi sezonową różnorodność. Pomnijcie los zebry i Eskimosa!

Wśród biegaczy znajdziemy sporą liczbę zmarzluchów: mają oni swoją szansę w czas kanikuły. Niech mają.

Ci nad morzem też potrzebują zarobić, co wakacyjnie uskuteczniają, ochoczo skórę z nas zdzierając i portfele łupiąc. Z naszym błogosławieństwem, w końcu nikt nas do eskapad nadbałtyckich nie przymusza. Ależ warto, ile dzieci się jodu nawdychają, a my pamiątkę piękną przywozimy, pod postacią ciupaski z bursztynu ścianę salonu szpecącej.

Opalić się można. Nikt mi nie wmówi, że w solarium zdrowiej. Śniadość w cenie, bladość w kłopocie: brązowe brzuszysko na plaży przemycić łacniej. A teraz piaszczyste leżakowiska spotykamy i w środku wielkich miast: wymówki nie ma. Trzeba być.

Poza tym mniej ubrań do prania. I energię oszczędzamy na suszarkach basenowych; o ileż mniejsze zużycie, włosy same wyschną, nie przeziębimy się. U mnie akurat żadna różnica, lecz zagadnienie ważne, bo wiadomo: lasy Amazonii pokotem.

A morsy niech czekają. W miłości najpiękniejsze jest oczekiwanie.

Poza tym lato minie. Czyż na myśl o jesiennych chłodach nie robi się na sercu cieplej?

 

3 thoughts on “Upał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *