Turbacz.

Korzystając ze świątecznego pobytu w Krakowie, kiedy tylko możemy, wybieramy się w góry. Tym razem nasz wybór padł na Gorce. Pasmo to posiada zaletę seperacji od cywilizacji, broniąc zalesionymi stokami dostępu szosom, wsiom, betonom i hałasowi. Tutaj można poobcować z naturą w spokoju. Trzeba jednak zaznaczyć, iż ludzi spotyka się sporo, zwłaszcza w popularnych miejscach. Warto się poszwendać po gorczańskich szlakach, a z okolic schronisk szybko uciekać. Tak też uczyniliśmy, wdzierając się do serca masywu na najwyższy szczyt. Turbaczu, łaskawie nas przyjąłeś.

Naszą eskapadę wyznaczała prognoza pogody, niepewna wobec zbliżającego się halnego. Szczęście jednak nam dopisało; aura zaoferowała warunki idealne. Do Koninek dojechaliśmy suchą, czarną szosą, a od parkingu towarzyszyły nam warunki wymarzone: skrzypiący śnieg, lekki mróz i pełne słońce. Ubity trakt pozwalał poruszać się żwawym tempem i chłonąć widoki naokoło. Kulminacja panoram nastąpiła wysoko na grani, gdzie ukazała się magia gór.

🍀🍀🍀

Wystartowaliśmy z parkingu przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Tobołów. Kolejka działa, lecz stok zaniedbany leży odłogiem. Meldunek spraw przyziemnych: poboru opłat za wstęp do parku nie ma, lecz parking dwie dyszki kasuje. Ruszamy ochoczo niebieskim szlakiem. Aż do partii szczytowych trakt wiedzie puszczą, pozwalając podziwiać majestatyczne, masztowe jodły i świerki. Mijamy sporo turystów; piękny dzień sprawia, iż wszyscy tryskają humorem, pozdrawiając się wesoło. Na polanie Czoło Turbacza ludzi coraz więcej, lecz nie dziwota: widoki zapierają dech w piersiach. Ośnieżone chojary kołyszą się na wietrze, a wzrok ucieka w dal. Wszyscy głośno wyrażają swój zachwyt. Przejrzyste powietrze pozwala z niezwykłą ostrością dostrzec kawał kraju. Jak na dłoni widać Tatry, Babią Górę, Pilsko, Beskid Żywiecki, Beskid Wyspowy i oczywiście Spisz u podnóża. Bywalcy rozpoznają poszczególne wierchy. Liczba wykonanych zdjęć bije wszelkie rekordy. Ekstaza! Sporo włóczę się po górach, lecz takie warunki trafiają się rzadko.

🍀🍀🍀

Podchodzimy do schroniska, gdzie tłum gęstnieje. Kolejka do bufetu ciągnie się… Za długo na naszą cierpliwość. Rezygnując z herbaty, podbiegamy na szczyt Turbacza, by stąd, w nieco luźniejszych okolicznościach, sycić oczy panoramą.
Powrotna droga wiedzie szlakiem czerwonym, a przy Obidowcu skręcamy za zielonymi znakami w prawo. Na kopule Turbacza trafia się lodzik, skłaniając wielu turystów do założenia raków. Niżej podłoże stanowi mile ubity śnieg. Od górnej stacji kolejki decydujemy się zbiegać szlakiem cyklistów. Na wyczucie oceniłem ten odcinek na trzy kilometry, a okazało się dwa razy więcej. W sumie prawie półmaraton zrobiliśmy. Agnieszka uprzejmie komentuje mijające kaemy; kolejny węzeł zadzieżgnął się między nami. ❤️❤️
Na trasach spotkaliśmy sporo turystów, półtora biegacza, dwoje narciarzy i – rzecz dziwna – wielu rowerzystów. Cykliści mają tę moc; jazda na takich ślizgawkach w górach wzbudza szacunek. Mijamy wiele osób z psami. Czworonogi zachowują się sympatycznie, lecz mam wątpliwość, czy mają wstęp do parku narodowego?
Taka wycieczka stanowi wspaniały suplement treningu biegowego. Nawet trudne odcinki pokonuje się z przyjemnością, raźno przebierając kończynami. Wysiłek na łonie natury to najlepsze lekarstwo. Ciało i dusza ładują akumulatory. Polecamy.

W góry, siostry i bracia!
🍀🍀🍀

Łukasz Klaś

PS: z powodów technicznych zdjęcia zamieszczam w kometarzach na fb. Zapraszam.

8 thoughts on “Turbacz.

Pozostaw odpowiedź Gamnio Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *