Wesoła kontuzja.

Odniosłem kontuzję. Uraz, bolesność, defekt, dolegliwość, dysfunkcję, niedyspozycję, pierdołę. Fatalnym jednym zdaniem, sam sobie tę przykrość wykrakałem. Podsumowując sezon, nie omieszkałem dodać, iż ze zdrowiem wszystko było tip-top, perfekt, nadzwyczajnie. I na drugi – dosłownie – dzień po wpisie, trach! Poleciały liny nadszarpnięte, czyli alarm z tyłu uda, dwugłowy i okolice.

To znaczy dobrze jest dbać o ciało, by działało bez zakłóceń, lecz niekoniecznie trzeba się tym chwalić. Skuszone licho urok skuteczny rzuciło.

Postanowiłem wziąć byka za rogi; poległszy fizycznie, wygrać mentalnie. Znalazłem dobre strony całej sytuacji, ku pokrzepieniu serca. Nawet działa i weselej mi.

***

Wymuszona przerwa w trenigach i startach stała się automatycznie roztrenowaniem. Redukcja biegania do zera odbyła się wreszcie bez wątpliwości, czy organizm naprawdę jej potrzebuje, czy też działa we mnie leń. Skutkiem odpoczynek nastał. Zrelaksują się kończyny, tułowia zakamarki, dupa no i łeb. Kiedy przestanie w udku strzykać, wrócimy to radosnej tyry, nie rozpamiętując, czy aby czego nie straciłem. Starzy górale nizinni powiadają, iż organizm sam dał znać. Niech będzie.

***

Pauza natchnęła mnie także do wyrównania zaległości w kibicowaniu i wolontariacie. Jakże miło działa się z drugiej strony biegania. Na parkrunie spędzam czas wreszcie bez napięcia i pośpiechu. Wszyscy znajomi i ani jednego rywala nie ma. Znakomicie dopinguje się do wysiłku walczących, stojąc obok trasy w ciepłej kurteczce. I jeszcze muszą ci dziękować ze szczerego serca.

***

Dzięki tej przypadłości, zyskuję kilkumiesięczne możliwości w aspekcie wizerunkowym. Relację z każdej imprezy – szczególnie takiej mniej udanej – mogę zaczynać od zdania: po niedawnej, ciężkiej kontuzji… A na końcu, tak mimochodem, dodam – biorąc zatem pod uwagę ostatni uraz… I od razu ocena moich bohaterskich wyczynów lezie w górę. Stopniowo przejdę do narracji o zakłóconych przygotowaniach, podkreślając pecha. Sympatię wzbudzają ludzie nieszczęśni, ciapowaci, prześladowani przez los!

***

Nie trenowanie oznacza więcej czasu na solidną, aktywną regenerację. Złorzecząc i pohukując pokazuję moim kończynom dolnym, na czym polega rolowanie prawdziwego twardziela. Powięzi i brzuśćce mam rozluźnione chyba na pół sezonu. Wpada kilka dodatkowych sesji morsowania i parówka. Wspomnę jeszcze o śnie błogim, łączącym słodki wczas z poważnym restartem organizmu. Zaiste, moja psychofizyka jest teraz przygotowana na wielkie wyzwania. Oby.

***

Zafundowawszy sobie dłuższą przerwę, doszedłem do wniosku genialnego w swej odkrywczości: wreszcie napiję się spokojnie piwa. Wychylę kilka kufelków złocistego płynu bez wyrzutów sumienia, gderającego w takich przypadkach o rannym treningu, niewłaściwej regeneracji, etc. O, taki browar swobodny to dobra rzecz. Piwo – co prawda: bezalkoholowe – zajmuje zaskakująco wysoką pozycję na liście napojów przydatnych dla biegaczy. Nie wierzycie, sprawdźcie. A tutaj jeszcze wolno mi z bąbelkową wersją poobcować. Chwałaż. Wasze zdrowie.

***

Po kontuzji ani śladu, klnąc, znów cieszę się bieganiem. Jutro parkrun, o radości w nogach. Coś jednak uwiera.

Kurde, fajnie było.

😃

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Wesoła kontuzja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *