Tożsamość.

Przeczytałem kolejną powieść Milana Kundery i trudno mi się oprzeć wrażeniu, iż nie wykracza ona poza utarty rodzaj fabuły. Przychodzą do głowy mocniejsze określenia – ktoś tu gra schematem czy wręcz rytuałem, pełniąc rzecz jasna rolę kapłana i guru samozwańczego, acz przez publikę wielbionego. W „Tożsamości” spotykamy (oczywiście) parę, (oczywiście) w średnim wieku, (oczywiście) z klasy średniej, (oczywiście) we Francji, (oczywiście) intelektualistów, (oczywiście) kochających się acz uwikłanych, etc, etc. Jeśli kto lubi inne dzieła autora „Nieznośnej lekkości bytu”, spodoba mu się i to. Lecz innemu wyda się nużącym i zachodzi niebezpieczeństwo, iż po dalsze nie sięgnie. Ach.

***

Wirtuozeria Kundery zawiera dla mnie pewien element umowności. Kontestuję ją z lekka, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, iż jego popularność wynika w znacznej mierze z kolei losu, uczestnictwa w wydarzeniach za żelazną kurtyną. Paryż musiał zachłysnąć się takim życiorysem. To było modne. A Praga leżała zawsze jakoś bliżej Francji niż inne demoludy; parafrazując, to tak, jak „do nieba jest najbliżej z Polski”. Zatem tamtejszej elicie literackiej wypadało pana Milana znać, poklepać go – dosłownie czy recenzją – po plecach, wreszcie uznać za znanego. Znamy podobne przykłady z polityki, filozofii; o zgrozo, nawet z nauki. Zwę je miękkim męczeństwem, z lekka oko przymrużając. Lecz zostawiam rzecz otwartą, uczciwie dopuściwszy możliwość, żem zbyt surowy lub nawet zgryźliwy…

***

Odnoszę też wrażenie, że książka to gotowy materiał na scenariusz filmu. Czy dałoby się na kanwie stworzyć arcydzieło typu „Gorzkich Godów”, czy pozostałoby kolejnym francuskim romansidłem? Takie pikantności dobrze sprzedają się po różnych Cannes i Wenecjach. Kto wie? Rzecz wymagałaby dobrego reżysera, zdolnego pociągnąć fabułę w górę, omijając banał. Nie wiem jednak, czy myśl taka – o ile przyświecała autorowi, spekuluję – nie psuje utworu. Pisarz powinien myśleć o czytelniku, nie o widzu. Basta!

***

Książka wyraźnie dzieli się na dwie części. W pierwszej powoli oswajamy się z naszą parą, poznając ich sytuację i stosunki. Potem akcja przyspiesza, zagęszczając atmosferę. Następuje konfrontacja i fatalizm omalże romantyczny, acz napięcie rośnie zgrabnie. Pensjonariuszki zagryzają paznokcie, mnąc kolejne strony. I otrzymujemy finał dobry, mocny, acz wolałbym bez wątku onirycznego. Nie kończy się jednak wielką tragedią – po zatrzaśnięciu okładki lubimy ją i jego; autora też.

***

„Tożsamość” to opowieść krótka, ot, na jeden dzień kwarantanny. Napisana solidnie, bez fajerwerków stylistycznych, lecz formą nienaganna. Nie da się do końca ocenić poziomu słowa, nie znając dobrze oryginału. W tym przypadku nie dana mi ta przyjemność, gdyż francuskiego nie znam. Natomiast wątek znalazł pan Milan interesujący, stąd czyta się dobrze i wartko. Wykonano solidną robotę romansową; zachęcam, nie polecając gorąco.

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Tożsamość.

  1. Ciekawe by było podać z jakiego roku pochodzi powieść – czas płynie, ludzie się starzeją i… 🙂 Nie znam, nie czytałem, ale chcę wierzyć (sic!), że Kundera (pisarz jednak jakoś znaczący) popełnił popularne romansidło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *