Szczebel.

Wybraliśmy się z tatą na Szczebel. Góra kusi bliskością od Krakowa – dojeżdżamy, nie łamiąc przepisów, w 45 minut. Oczywiście, zakładając brak korków. A wysokość oferuje całkiem przyzwoitą – 976 metrów nad poziom morza. Startujemy z przełęczy Glisne, skąd prosto na wierzchołek prowadzi zielony szlak.

Szczebel z Zakopianki.

Szczyt ów, należący do Beskidu Wyspowego, nastręcza się dla mnie już samą nazwą. Otóż spotykamy formy Szczebel, jak i Strzebel. Toż to jedna z klasycznych różnic krakowsko-warszawskich: wymowa zbitki „trz”. Całą poezję artykulacji słychać na Rynku Głównym, gdzie liczbę 33 wydobywa się z gardeł jako „czyjści czy”. 😀

Zajeżdżamy na parking o niesprecyzowanym protokole płatniczym. Tabliczka z ceną wisi, lecz nikt nie pilnuje, pieniędzy się domagając. Puszka pod napisem jestże testem dla uczciwości korzystających z placu? A może tylko w weekend kontrolują? Postanawiamy odłożyć sprawę do powrotu. Dziarsko wkraczamy na szlak, próbując lekceważyć narastający upał.

Widok z parkingu na Luboń Wielki.

Z przełęczy Glisne w dwóch przeciwnych kierunkach prowadzą drogi na sąsiadujące szczyty. Z jednej strony nasz cel, a z drugiej Luboń Wielki (1022m), znaczony charakterystyczną sylwetką okazałej wieży przekaźnikowej na czubie. Idąc, odwracamy głowę, by podziwiać panoramę. Z boku widać inne góry Wyspowego i Gorce. Wytężając wzrok, dostrzegamy kontury Tatr.

Na początku droga prowadzi asfaltem i betonowymi płytami, umożliwiając dojazd mieszkańcom okolicznych domostw. Ha, ich prawo! Szczęściem podwójnym, wkrótce ów trakt przechodzi w naturalny, zagłębiając się jednocześnie w las. Robi się chłodniej i dziczej. 🙂

Las przynosi ukojenie nerwów, spokój drzew, łagodność zieleni i ciszę. Nawet ptaków już mało co słychać. Spotykamy sikory, drozdy, strzyżyki, mysikróliki, jaskółki i pierwiosnki, lecz bractwo skrzydlate skończyło już wiosenne trele. Za to roślinność ma się wspaniale; znać, że ciepły i wilgotny sezon urodzajowi sprzyja. Podziwiamy łąki kośne i kwietne, młodość zagajników i czerstwość starych drzew. Szlak ofiaruje bogactwo flory górskiej.

To nie papugi, lecz szyszki. 🙂

***
W górach rośnie smaczne jedzenie. Uwielbiam owoce leśne, uważając je za najlepsze delicje wśród fruktów. Żadne hodowlane nie zastąpią tego smaku natury, nabrzmiałego słońcem soku i nuty cierpkości ziołowej. Najbardziej ucieszyły mnie pierwsze w tym roku poziomki; może dlatego, że nie sposób ich kupić w mieście? Natomiast orzechy laskowe dopiero dojrzewają, obiecując zielonością wśród liści leszczyny obifitość jesienną. Grzybów nie spostrzegamy zbyt wiele, lecz też i specjalnie ich nie wypatrujemy. Niech sobie kapelusieją w pokoju.

Nasza trasa średnio nadaje się do biegania. Dno płytkiegio zagłębienia, którym idziemy, zalegają luźne kamienie. Szczególnie przy tuptaniu w dół trzeba by uważać. Zatem, jeżeli ktoś potrzebuje poćwiczyć na trudym technicznie podłożu, polecamy. Bardzo mało fragmentów szlaku prowadzi po płaskim. Zaawansowani górale na start!😉

W sierpniowy poniedziałek nie spotykamy zbyt wielu turystów. Kilka osób widzimy dopiero na szczycie. Zamieszanie tutaj wprowadzają paralotniarze, wyjeżdżający na wierzchołek samochodem. Pojazd ów mija nas dwa razy, wywołując dezaprobatę… Mamy nadzieję, iż posiadają stosowne zezwolenia do jeżdżenia lasem. Natomiast ich powietrzne akrobacje wyglądają na tle gór widowiskowo. Popatrzcie na zdjęcia.

Mijamy oznaczenie Małej Góry na wysokości 883 metrów i po krótkim wypłaszczeniu szlaku atakujemy stożek szczytowy. Droga z lekka stając dęba doprowadza nas do celu.

Na czubku Szczebla znajduje się nieco typowej w takich miejscach infrastruktury: drogowskazy, tablice informacyjne, ławki i stoły, kapliczka, a nawet maszt z flagą. Panorama otwiera się na wschód, prezentując charakterystyczne dla Beskidu Wyspowego odosobnione, pojedyncze góry. Odpoczywamy chwilę, fotografując, próbując oznaczyć obiekty w oddali i objadamy się jajami na twardo. W najbliższym otoczeniu odkrywamy kilka ciekawostek. Ktoś zostawił na górze całkiem porządny kapelusz – czyżby ofiara? Za wspornik instrumentów meteorologicznych służy czubek chojaka… Kłaniamy się nisko Beskidom i zawijamy w dół, zabierając śmieci swoje i cudze, aby Szczeblowi lżej było…

Lubogoszcz, za nią Śnieżnica.
Padmo Lubomira. Sokoloocy wypatrzą obserwatorium astronomiczne.
Widok na Kasinkę. W głębi Ciecień.
Luboń Wielki zza drzew na szczycie.

Droga w dolinę przebiega zawsze lżej i szybciej. Las żegna nas szumem drzew, zapraszając ponownie. Skorzystamy, jeszcze nie raz. Cieszę się, że tato, który zaszczepił we mnie miłość gór, dziarsko jeszcze po nich chodzi. Rocznik ’45…👍

Złazimy asfaltem do samochodu, zastając na parkingu sytuację nie zmienioną. Wrzucam dychę do puszki, niech lokalność ma.
Dzień – bezcenny.
***
Łukasz Klaś

4 thoughts on “Szczebel.

  1. Brawo dla Wujka Marka za kondyche!!!! Ty to wiadomo, młody jesteś jeszcze 🙂 Dziękuję za piękną wędrówkę po Beskidzie Wyspowym. Aż łezkę uroniłam. Brakuje mi Wyspowego, choć na Szczeblu wyrypa, nie powiem. Zwłaszcza jak się czarnym schodzi do Kasinki, nie próbowałam, Darek kiedyś schodził.
    Super foty. Nie ma to jak wędrować z tatą. Z tą nazwą to chyba tak jest, że część Górali mówi tak, a część Strzebel. Tak nam tłumaczył przewodnik na kursie. Orientacje w górach masz rewelacyjną Łukasz, pozazdrościć. Ja dalej się uczę tego. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *