Pierwszy krok w górach.

***

Biegniemy ramię w ramię, stopniowo wspinając się wąwozowatą drogą. Nachodzi mnie nieodparte uczucie, iż dzieje się coś świetnego, jakiś czynnik smakowity, a na co dzień niespotykany. Przez chwilę błądzę po umyśle, ustalając źródło dobrostanu. Bieg? Powszechność nasza. Góry? Piękne, lecz używane często. Pogoda? Bywała lepsza. Las? Wszędy do niego uciekamy. Podłoże? No dopieroż mi, takie ciapowate błotko.

I nagle doznaję olśnienia (wręcz).

Cisza.

Beskidzki szlak ofiaruje nam bezhałas niemal absolutny. Nie słychać samochodów, ludzi, cywilizacji. Przyroda także zamilkła, albowiem ni miejsce to ni czas dla ptaków, a i wiatr odpoczywa. Góry wręczają nam niezwykły dar: nic dla uszu. Warto było przyjechać i odebrać ów niezwykły pakiet. Biegniemy. Cieszymy się, słuchamy jej.

Cisza jak ta…

Szczawnica przywitała nas mżawką i zacną kwaterą. Spojrzywszy w okno, widzimy Pieniny, oświetlony stok Palenicy, Dunajec i sose na Zabrzeż. Na deptaku spotykamy niewielu ludzi, aż dziw: czy to już po sezonie? Niestety, w miasteczku panuje smog. Czuć zawiesinę, aż nos wykręca i w gardle drapie. Wieczorem uciekamy pod kołdrę, a rankiem w góry.

Długopis wskazuje start/metę w naszym lokum, a ołówek najwyższy punkt wycieczki.

Wyruszamy wzdłuż szosy do Krościenka, raźnie człapiąc wygodnym chodnikiem pieszo-rowerowym brzegiem Dunajca. Dopadamy do czerwonego szlaku i skręcamy w prawo na stok Dzwonkówki. Trakt prowadzi nas szeroką drogą, ostro stając dęba. Niestety, pojawia się coraz więcej błota i wertepów, a przyczynę nietrudno znaleźć: ślady opon ciągników i resztki drewna cięgiem. Zwózka trwa.

Pewnie ten wyrąb jest potrzebny, ale i tak dranie.

Aura panuje wiosenna, plusując temperaturą. Nie szarżujemy z tempem, a mimo to nie muszę używać rękawiczek, czapki ani kurtki. W dolnym reglu uwijają się sikory, a na skraju lasu przywitał nas najmniejszy ptak Europy: mysikrólik. Kurdupel spotyka kurdupla.

W szczytowych partiach góry wreszcie śnieg, zwyciężając drwalstwo, kładzie nam pod nogi biały dywan. Skrzyp, skrzyp, biegnie się bajkowo wśród jodeł i świerków. Powietrza smaczne i ta cisza.

W schronisku Pod Bereśnikiem szarlotkujemy i podziwiamy panoramę wyświechtaną, a przecież zawsze cud: Tatry. Oczy pasiemy, a miejsce to, jak zawsze, przyjazne ceprom. Niełatwo ruszyć stąd zad.

Ostatni odcinek prowadzi zjazdem na ryj, wpadając do zdrojowiska w Parku Górnym. W trzy godziny dopinamy trening, niezbyt ciężki, w sam raz na pierwszy raz. Nagradzamy się obiadem Pod Siekierkami, gdzie karmią dobrze i niedrogo. Zamawiam pomidorową i dostaję… całą wazę. Polecamy smakoszom.

Dobrze się nam pobyt rozpoczął. Wkrótce kolejne raporty Nudnych Piątków, prosto ze Szczawnicy.

Zapraszamy.

Łukasz Klaś

5 thoughts on “Pierwszy krok w górach.

Pozostaw odpowiedź Damian Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *