Susza.

Powódź odpłynęła tak, jak nadeszła; szybko, cicho i niezauważalnie zabierając nadmiar wody we właściwe koryta. Nieumiejący pływać odetchnęli i w geście niezasłużonego triumfu wznieśli pięść ku niebu. A tam nie działo się nic, panował całkowity spokój, ściągając na nas kolejną klęskę.

Spojrzenia, pochmurne w czas powodzi, rozchmurzyły się, kierowane na bezchmurne niebo. Ulgą dla oczu rozciągał się czysty lazur, błękitniejąc i chabrując okrąg horyzontu. Przegnano troski, pasąc oczy nieskazitelnością niebieską; z nadzieją spoglądano na kajety poetów, wygnanych z knajp owym pogodowym gaudium. W osztachetowaniach rzęs modrzyły się paczęta rozmaitych Zoś i Anul, domagając się zachwytów i serialowych uniesień, wobec prognoz tak pomyślnych. Akcje długonogich piękności, udających co wieczór na ekranach telewizorów klimatyczne kompetencje, znów poszły w górę. Cały świat krzyczał: jest ładnie!

***

Na plażach ziarenka piasku, pożegnawszy ostatnie molekuły wilgoci, zaczęły beztrosko przesypywać się z boku na bok. Kałuże malały umieraniem jednostajnie przyspieszonym. Nad brzegami rzek wody wpierw odsłoniły zakryte uprzednio fragmenty należące do lądu, a potem wstydliwą rekompensatą poczęły cofać się do środka nurtu, obnażając dna zwykle zasłonięte. Błoto znikało z dróg, jawiąc się na jeziorach.

Rzeczywistość schła.

***

Na nieboskłonach zapanowała pustka. Nic się nie kłębiło, nie strzępiło, nie warstwowało. Obłoczenie należało do niegdysiejszych zagadnień, sprowadzonych do rozmytych wspomnień. Stopień wilgotności przesunął się w obszary błędu pomiarowego, złożywszy hołd nowemu panu: upałowi.

Wiatry uciekły w poszukiwaniu tęcz.

***

Na takim obszarze pustki z wdziękiem przynależnym tyranom rozgościł się nowy bóg: słońce. Wziął w panowanie okrąg nieba i ziemi, przypominając, kto tkwi w centrum układu noszącego jego imię. Z kpiącym promieniowaniem udzielał łaski ciepła złaknionym ludziom, kusząc światłem, bielą żółci, pieszczotą suchości. Omamił nasze dusze kontrastem z chłodem niebieskich przestworzy, co wieczór dodając do smaku rubinowych, a mdłych zachodów. Rozsiadłszy się na tronie zenitu, wziął pomstę za dni wstydliwej zakrytości.

***

Pierwsze jęknęły trawy i krzewy, wyssawszy co się dało ze spieczonych gleb, lecz któżby ich słuchał. Sapnęły drzewa, dzierżące jeszcze pewne zapasy uwodnienia, lecz już napinające końce korzeni w pragnieniu; na próżno. Rodzaj ludzki, zwykłym egoistycznym zwyczajem, zauważył cień postrachu dopiero przy stratach na polach uprawnych. Dumni władcy świata nie po raz pierwszy ulokowali cały rozsądek w żołądkach.

Jak zwykle, było już za późno.

Płody zmarniały, obdarzając siewców zeschłymi badylami, obracającymi się przy najlżejszym dotknięciu w pył. Ogrody, łany, sady i uprawy zbrązowiały ze zgrozy, pokonane przez słońce; nikt nie pomyślał o zapasach wody. Ludzie z niemym błaganiem patrzyli na firmament, wyczekując deszczu. Modlili się do burzy, lecz jedyną odpowiedzią z góry zlatywały palące promienie naszej gwiazdy dziennej, królującej nad światem w złocistej koronie.

A na ziemi rozgościła się okrutna pani; gorąca, wszechobecna i bezlitosna.

Susza.

Zostaliśmy sami, bezradnie zdani na jej łaskę. Z przekrwionymi oczami kładliśmy się spać, marząc o przebudzeniu w kroplach dżdżu. Lecz nawet rosa nas opuściła.

Babka wiedząca na moczarach orzekła, iż deszcze nadejdą z nowiem. Miotamy zatem obelgi do miesiąca, ponaglając go do schudnięcia.

To pozostało z dumnej zgrai: stado o wyschniętych pyskach, wyjące do księżyca.

A było przecież tak ładnie.

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Susza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *