Shantaram.

Kiedy dostajemy do ręki szeroko reklamowaną, grubą powieść o tytule zdradzającym miejsce akcji, spodziewamy się otrzymać obraz Indii, nanizany na ciekawą fabułę. Gregory David Roberts podejmuje taką próbę, lecz efekt nie powala na kolana. Narrację oparto na wątkach autobiograficznych autora, ale nawet on sam przyznaje, iż wiele rzeczy zmyślił. Tę szczerość zapiszmy mu na plus, chociaż i bez tego wyznania nietrudno o wyśledzenie w fabule niewiarygodności.

Bohater obraca się głównie w towarzystwie bombajskiej gangsterki, rządzonej przez muzułmanów. Szef syndykatu kreowany na męża opatrznościowego, uwielbiany przez wielu, ma za cel pomoc mudżahedinom afgańskim. Znajduje też na ziemi ojczystej śmierć. Narrator zwie go ojcem, potem zorientowawszy się, jak został zeń oszukany, schładza swe uczucia, by na końcu wrócić do pośmiertnych zachwytów nad mentorem. Ten opierał swe motto życiowe na specyficznej teorii moralnej, wywiedzionej z… ontologii wielkiego wybuchu. Spuśćmy nad tym zasłonę milczenia.

Sensacyjne przygody towarzystwa bywają ciekawe, acz obdarzone zwykłą, hollywoodzką – wróć, bollywoodzką – niewiarygodnością. Wszak zawisnąć nad przepaścią, trzymając się jedną ręką uzdy konia, zdarza się filozofom hindi często.

Mało Indii jest w Shantaram. Jedynym ciekawie opisanym miejscem pozostaje knajpa Leopold. Przyrody i architektury nie znajdziemy praktycznie w ogóle. Nawet Hindusów spotykamy nie za wielu; grupę istotnych postaci tworzą głównie muzułmańscy imigranci i przybysze z Okcydentu. Slumsy wypadają nierealistycznie, a wypad do wioski na prowincji epizodycznie.

Kobieta kreowana na femme fatale gaśnie szybko, okazując się stręczycielką do luksusowego burdelu. Romantyczne wieczory na bombajskim nabrzeżu spychają książkę w stronę purpurowych australijskich romansideł. Poduszki pensjonarek zawilgocą się łzami.

Autor serwuje nam trochę makabry w opisach rannych i chorych. Poza tym chojnie szafuje aforyzmami, epitetami i miękką filozofią. Do samego końca, bo bohater oczywiście doznaje duchowej przemiany na finiszu.

Nie chcę się za bardzo znęcać nad tą książką; to po prostu solidna porcja literatury klasy b. Powieść miewa dobre momenty. Nieźle wypada postać wesołego hultaja Prabakera. Mocno brzmi też opis heroinowego cugu, nasuwając podejrzenie autopsji. Sporo też zawarto wiedzy lingwistycznej, opisując całkiem interesująco różne dialekty.

Shantaram znaczy Boży Pokój. Życzę każdemu odnalezienie jego tropów w lekturze.

Czy ktoś spróbuje namówić mnie na drugą część?😉

***

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Shantaram.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *