Sezon na kleszcza.

Rozpoczął się okres największej aktywności tego paskudztwa, a ja, ostrzegając Was przed niebezpieczeństwem, jednocześnie zachęcam do odwiedzania miejsc, gdzie te pasożyty grasują. Albowiem im większy kontak z naturą – zarówno dla biegaczy jak i niebiegaczy – tym lepiej dla zdrowia i pogody ducha. Wyganiam na łono przyrody właśnie teraz, gdy zieleń kipi świeżością wiosenną. Jak to zrobić, nie zaznając przy okazji uszczypnięcia w tyłek, piszę poniżej.

Zaprawdę, nie podlega kwestii, iż człowiek XXI wieku powinien szukać kontaku z naturą gdzie i kiedy się tylko da. Zalaliśmy planetę betonem i plastikiem, ciała sztucznym cukrem i tłuszczem, umysły używkami i telewizją. A to nie jest dla nas właściwy stan. Aby oczyścić płuca i głowę starajmy się jak najczęściej przebywać w lesie, na łące, w górach, nad rzeką, jeziorem, morzem i oceanem. Patrzeć na zieleń, słuchać głosu ptaków i szumu fal. Im więcej, tym lepiej.

Dla biegaczy ważne są dwa – pozornie nieco kolidujące ze sobą – aspekty. Pierwszy to treningi regeneracyjne, w wolnym tempie, pozwalające stopom i stawom odpocząć od asfaltowej łupaniny. Miękkie podłoże czyni cuda, a najprościej znaleźć je w lesie. Kwestia druga sprowadza się do mocnych treningów w terenie, wspaniale budujących siłę biegową, a przy okazji stabilizację. W terenie nie postawimy dwóch takich samych kroków! Wszechstronnie, wielopłaszczyznowo wzmocnią się mięśnie nóg. Tutaj chodzi o szybsze tempo i trudniejsze przełaje; na regenerację i kilometraż wykorzystujemy łagodniejsze warianty.

Pięknie, lecz tam czatują kleszcze. Usystematyzujmy, gdzie i kiedy. Wróg rozpracowany staje się niegroźny. Pamiętajmy jednak, że przyroda nie działa według schematów i zdarzają się wyjątki.

Pajęczaki owe aktywizują się przy temperaturze 5-6 stopni Celsjusza, co i nas odpowiada okresowi marzec-październik.

Już chyba wszyscy poznali mit, jakoby czatowały na drzewach, opadając na nas stamtąd desantem. W rzeczywistości czyhają w trawach i krzewach do wysokości 150 cm maksymalnie. Zwróćcie uwagę, iż poruszając się szeroką, leśną drogą, ograniczamy ryzyko do minimum. Uważajmy na nasze psy i koty – harcując na zewnątrz, są bardzo podatne na przyniesienie kleszczy, które potem mogą przesiąść się na nas. Mamy tutaj jeszcze jeden argument przeciwko myślistwu. Opowiadał mi jeden łowczy, że skóra dzika to istne rojowisko tego paskudztwa.

Środki zaradcze:

-nosić długie spodnie i rękawy, nakrycie głowy; jasne ubranie może pomóc zauważyć kleszcza;

-smarować się repelentami przeciwko owadom i kleszczom;

-unikać bezpośredniego kontaktu z niską roślinnością;

-sprawdzać całe ciało po powrocie do domu.

Jeśli już stwierdzimy zakotwiczonego drania, to wiadomo – penseta i chwytając tuż przy skórze wyrywamy. W razie wątpliwości idziemy od razu na pogotowie, nie zapominając zabrać dobrej książki do poczekalni. Bez paniki – zarazki boleriozy przenikają do nas dopiero po kilkunastu godzinach; natomiast – uwaga! – zapalenia mózgu dużo szybciej.

Na boleriozę nie ma niestety szczepionki, na rzadsze zapalenie mózgu na szczęście jest.

Na koniec polecam tanie i wygodne antidotum, które u mnie sprawdza się rewelacyjnie. To zioło zwane czystkiem. Nawet smakuje, lekko mdławo, lecz zupełnie znośnie. Wystarczy zresztą wcisnąć trochę cytryny i to już daje napój znakomity. Przeczytawszy o działaniu antykleszczowym, piję kilka razy w tygodniu. Od dwóch lat nie złapałem kleszcza, a szlajam się po zielskach pasjami.

Mam nadzieję, że nie działa to tylko u mnie. Warto spróbować.

Życzę Wam bezpiecznego kontaktu z przyrodą i pijcie ten cholerny czystek.

Smacznego.

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Sezon na kleszcza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *