Powódź.

Woda podeszła cicho, szybko, dyskretnie, zaborczo biorąc w posiadanie coraz szersze obszary po bokach rzeki. Wcześniejsze symptomy ostrzegały w przynależny zjawisku sposób, nie pozwalając szukać usprawiedliwień naszej niefrasobliwości. Wynikała ona mniej z lekceważenia żywiołu, większą pożywkę czerpiąc z lenistwa i głupoty.

Rachunek zapłaciliśmy adekwatny: z napiwkiem.

***

Wpierw wiosna nie dotarła do gór, zostawiając nasze wierchy na pastwę chłodu. Kasztany już sygnały ludowi maturalnemu poczęły wypuszczać, podczas gdy hen, wysoko, jeszcze wyciągi skrzypiały, kolorowej chmarze uprzejmie pod tyłki siedzenia podkładając i na szusy windując. W zimowej stolicy kraju na sankach jeżdżono, a regionalne, tureckie swetry lepiej się sprzedawały niż ciupagi.

Niżej, z biegiem królowej macierzystych rzek, wiosna się wdarła, od razu lato za rękę ciągnąc. Susza! – Zawyły bractwa globalnie ocieplenie mierzące. – I anomalia – dodały publikatory sensacją się karmiące, wieszcząc, iż wody zbraknie.

***

Spokojnie i delikatnie woda zaczęła się na brzegi wylewać. Na płaskim wnętrzu zakola niezauważona kolejne ziarenka piasku plaży pochłaniała. Między korzeniami zwisających nad tonią wierzb się wsączała, zdziwione trawy mocząc, pożerała nienasycenie krzewy, kamienie, ścieżki. Wkrótce to, co zwykle z wysoka na toń spoglądało, zostało zatopione. Wpierw skrzypnęły kładki drewniane; wtórując im jęknęły mosty kolejowe, a betonowe przypory zadrżały, podmywane niespodzianym chłodem. Wskaźnik liczący kreskami stan żywiołu uśmiechnął się złośliwie i zniknął.

Nastał czas powodzi.

***

W starej stolicy, leżącej u stóp gór, zaczęły nurty wzbierać, lecz w nowej, na nizinie, powiedziano: nic to, mamy czas. Fale groźne kłębią się i pędzą na morzu oraz oceanie szerokim. Kto widział, by na rzece naszej matczynej szalały? Spokojnie kładliśmy się spać, szmeru majowego deszczyku z lubością słuchając.

Rankiem nie znaleźliśmy plaż i bulwarów.

***

Nie obawialiśmy się zła, gdyż jawiło się mglistą zapowiedzią, daleko, w górach, poza horyzontem. Obwarowawszy się wałami, przyporami i mostami, czuliśmy siłę naszej pozycji. Żywioł nie mógł nam zaszkodzić, ujarzmiony systemem. Między nim a naszym życiem leżał bufor czasu i przestrzeni. Kpiny wzbudzała groźba fali w czas suszy. Kładliśmy się spać bezpieczni.

Rankiem nasz bezpieczny matecznik rozpłynął się w odmęty.

***

Suszyliśmy potem miesiącami nasze dusze. Katastrofa minęła, lecz w sumieniach odłożył się szlam. Powoli i pokornie, nie patrząc sobie w oczy, oczyszczaliśmy brzegi. Lecz najtrwalsza zmiana dotyczyła spojrzenia w przyszłość. Nie ufamy już wiośnie, suszom, mostom i zaporom.

Kładąc się spać, z trwogą kierujemy wzrok i słuch w górę rzeki.

Łukasz Klaś

Fot. Okł. Paweł Kownacki

4 thoughts on “Powódź.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *