Piąte jest fajne.

Po weekendowym starcie, ochłonąwszy, spokojniej patrzę na zyski i straty. Dwa dni potrafią uporządkować perspektywę. Miast podnosić głos, unoszę brew. ☺

Do tych zawodów zapisaliśmy się z Agnieszką kilka miesięcy temu: Turtul Trail, 28 kilometrów przełajem i 400 metrów w górę – zatem i 400 w dół. Nielekko.

Tydzień wcześniej badaliśmy trasę rekonesansem, opisując wrażenia zeń tutaj.

Niestety, pomimo umowy z organizatorami nie otrzymuję obiecanego numeru 55′. Nudne Piątki muszą szurać nieostygmatyzowane, dzierżąc złą wróżbę na łonie.

Taki bieg stanowi nienajgorszą alegorię życia. Taktyka! Maszerować miarowo na podbiegach czy walczyć w trupa? Podążać swoim tempem czy dostosować do rywali? Oglądać się za siebie? Kląć po niemiecku czy po francusku?

Miejsce startu/mety. Początek drogą w lewo, a kończyliśmy zbiegając z prawej strony zdjęcia.

Oczywiście, nie samym sportem człowiek żyje; mijamy bogactwo przyrody i krajobrazu. Podziwiamy, chłoniemy. Tylko za to pucharów nie rozdają. Medale, owszem, każdy przekraczający linię mety uwieńczony został drewnianym krążkiem. Zapachniało lasem państwowym w inicjatywie prywatnej.

Wiedząc, że w stawce znajduje się przynajmniej dwóch młodych wyczynowców, zagrywam va banque. Ruszam bardzo mocno, prowadzę bieg nie patrząc wstecz. W takiej sytuacji kłębią się myśli – cóż tam się za mną dzieje? Trzymam tempo poniżej 4:00 żywiąc nadzieję, iż coś wypracowałem. Na podbiegach uda płoną. Wiatr w oczy szydzi z głupca. Bach! Na ostrym wirażu widzę jadący tuż za mną czteroosobowy pociąg. Próbuję się chwilę utrzymać, lecz w połowie dystansu rywale odjeżdżają w dal, zabierając ze sobą marzenia o podium. Bardzo trudno się w takich chwilach pozbierać. Żal kąsa duszę, a fizycznie też przecież nie czuję się zwiewnie. Tyle przygotowań poszło w trociny. Niemrawo przebieram nogami, tępo spoglądając na pustą drogą przede mną.

Bez większych przygód kończę zawody na piątym miejscu, z dużą przewagą nad kolejnym zawodnikiem. Gdybym zaczął wolniej, też zająłbym taką lokatę, ewentualnie uzyskując trochę lepszy czas. Nie żałuję.

U Agi sprawy wyglądały trochę inaczej – czołówka pań tasowała się na dystansie. Jej czwarte miejsce uważam za piękny wynik w takiej stawce, lecz niestety, tuż za podium.

Za metą złość łagodnieje, w czym pomaga miłe towarzystwo i gastronomiczny traktament. Koło gospodyń oferuje kartacze i pączki, działa miodosytnia, w pakietowniku częstują szczodrze: jest zupa z soczewicy i prawdziwe piwo, nie jakieś bezalkoholowe szczyny.

Wolno jeść 🙂

Opiekam kiełbaskę nad ogniskiem i jakby na podsumowanie moich suwalskich szczęść przepięknie przyrumieniona spada do żaru. Nie poddaję się; wiecie, iż taka z ziemią i popiołem smakuje najlepiej. Potwierdzam.

Humor poprawia historia koszulki klubowej, warta opisania. Otóż trasa ultra przebiegała dosłownie pod oknami naszego lokum. Chcąc wspomóc mentalnie naszych przyjaciół z ekipy: Elę, Zbyszka i Przemka, wywieszamy strój w jedynych słusznych barwach. Motam wdzianko wśród gałęzi, aby potencjalnych rabusiów zniechęcić. Po biegu zaglądamy na drogę, stwierdzając brak koszulki. W tym momencie dzwoni Ela: znalazłam wasz shirt! Ile się namęczyłam, aby go zdjąć z krzaka, inni biegacze musieli mi pomóc!

Dodajmy, iż nasi ultrasi pokonali dystans 63 km śpiewająco, meldując się na mecie ze świeżością w umyśle i kroku.

Ekipa Trucht Tarchomin Team na mecie, Przemek gdzieś się zapodział.

W ramach włóczenia się zwiedzaniem, poznaliśmy ruiny pruskich mostów kolejowych w Stańczykach i Kiepojciach.

Miejsce robi niesamowite wrażenie; namawiając do przyjazdu informuję, iż w Stańczykach wstęp 8 zł. Zamieszczam kilka zdjęć, dobrze oddających charakter jednych z najwyższych mostów w Polsce.

Pora na wnioski, a te będą słodko-kwaśne. Pobiegliśmy mocno i zostawiliśmy na trasie sporo zdrowia. To zaprocentuje w przyszłości, stanowiąc przecież mocną jednostkę treningową. Chcieliśmy walczyć o podium, lecz z pokorą i pogodnie przyjmujemy wynik. Co nie znaczy, że nie chcemy więcej. A dobór stawki unaocznia smutną dolę amatora, nigdy nie będącego do końca pewnym, kogo organizator wilczym prawem dorzuci. Chlip.

Zrobię teraz kilkudniową przerwę na solidną regenerację. Użyję kanapy, lodów, pilota tv, piwa i książek. Leniwie przeglądam wyniki. Chciałem piątkę, to mam piąte miejsce.

Szósty zawodnik przybiegł siedem minut za mną.

Za rok raczej nie wrócę.

Łukasz Klaś



6 thoughts on “Piąte jest fajne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *