Pewnego razu w Hollywood.

Nie do końca znamy zasady rządzące szoł-biznesem fabryki snów, zatem trudno odnieść się do zapowiedzi Tarantino dotyczącej jego reżyserskiej ścieżki. Otóż ogłosił on, iż bieżąca produkcja będzie przedostatnią w karierze. Zamknąwszy listę swoich filmów okrągłą dziesiątką, syt chwały, ma ponoć osiąść na laurach. Jest na czym, przyznajmy. Wierzyć czy ze zdystansowanym sceptycyzmem podejść? Oto brzmi pytanie. Na ile osoba o jakże wysokiej pozycji w Hollywood zachowuje w swoich komunikatach obszar szczerości, abstrahując od ściśle zaplanowanego wizerunku marketingowego? Zostawiwszy furtkę niepewności lekko uchyloną, żyjemy nadzieją, iż twórca Pulp Fiction zmieni zdanie…

Zaliczam się do fanów Quentina, uczciwie przyznaję, zostawiwszy Wam osąd co do obiektywizmu tej recenzyjki. Ufam, iż szczerość popłaca i bilansem się zwraca, plusując tu i tam. Naiwnym?

„Pewnego razu w Hollywood” wzbudza skrajne emocje. Napotkałem opinie, iż to najlepszy film tego reżysera; inną, że najgorszy. Obydwie reakcje wyartykułowane przez dziennikarzy (?), fachowców (?), pobierających za swoje kompetencje konkretne gratyfikacje. Niech żyją autorytety.

O dziwo, w kilku kwestiach zgadzają się niemal wszyscy. Dodając do powyższych kilka faktów, przedstawię zarys, czego niemal na pewno możecie się spodziewać.

Film, nawet jak na Tarantino, trwa bardzo długo: dwie i pół godziny z ogonkiem. Akcja, tocząca się raczej niespiesznie, momentami zwalnia do granic rozwlekłości. Wyśpijcie się przed seansem.

Wspaniałe role kreują Brad Pitt i Leonardo DiCaprio. Aktorzy o słodkich buziach tutaj grają zmarszczkami mężczyzn w wieku balzakowskim. Pyszne!

Na ekranie zobaczymy wiele typowych dla tego twórcy motywów i rekwizytów. Wymieńmy fetysz damskich stóp, „musze”, kolorowe okulary przeciwsłoneczne i wspaniałe samochody z epoki – reszty nie zdradzając; na resztę smaka czyniąc.

Historia opowiedziana nawiązuje do tragicznego aktu morderstwa żony Romana Polańskiego w roku 1969, aczkolwiek finał odbiega od autentycznych wydarzeń. Postać naszego reżysera,odgrywana przez Rafała Zawieruchę, występuje raczej epizodycznie. Szkoda. Bohaterowie kreowani przez wspomniany duet gwiazd są z kolei fikcyjni.

A sam film urzeka tym, co też dla Tarantino typowe. Otrzymujemy trochę farsy, odrobinę groteski, szczyptę cynizmu, nieco humoru, kapkę zgorzknienia i dużo zdystansowanej refleksji nad ludźmi, zjawiskami, procesami; światem ogólnie. Nie ma prymitywnych osądów kategorycznych – postaci zdecydowanie odbiegają od czarno-białych stereotypów. „Pewnego razu w Hollywood” nie zawiedzie fanów Quentina, a przeciwników nie przekona. Mnie się podobał, chociaż za najlepszy bym nie uznał. Lecz ja nie lubię DiCaprio, a Uma Thurman nie wystąpiła. Aczkolwiek godnie zastąpiła ją córka.

Miłośnicy westernów wyjdą z kin usatysfakcjonowani, a i dla wielbicieli-właścicieli psów znajdzie się gratka. Warto wytrwać do końca.

W Mieście Aniołów życie toczy się niespiesznie, wpadając od czasu do czasu w ostrzejsze wiraże. Któżże opowiedziałby to lepiej niż Tarantino?

***

Łukasz Klaś

1 thought on “Pewnego razu w Hollywood.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *