Orlen Warsaw Marathon

To naprawdę, w całej okazałości talentu mojego do usypiania wiernych, będzie nudny i długi wpis. Szczególnie dla osób niespecjalnie pasjonujących się bieganiem, czyli w miarę normalnych. Wracamy do maratonu (brr), omawiając stronę sportową (brrr) przedsięwzięcia, uwzględniwszy przygotowania i cyrografy (brrrr) a także plany na przyszłość i wnioski (br – jedno r, albowiem to może być ciekawe i zapamiętania warte, żeby w razie co wypomnieć). Właśnie – pakta podpisane krwią własną wpierw uporządkuję, bo nie wszyscy na datę zerknęli. Otóż, szanowni państwo, wpis na twarzoksiążce, zaczynający się od słów: „Podpisałem cyrograf na Orlen Maraton…” zapodan był w grudniu 2017 roku. I był planem na TEN maraton. Tak, niezrealizowanym, czym poniżej się zajmiemy, rany rozdrapując, tu i ówdzie solą je posypując, bo miło już było.

Ocenę mojego startu zaczynam od ponownych podziękowań, zawczasu zastrzegając, iż jeśli kogoś niesłusznie pominąłem, o wybaczenie proszę. Gdyż nie świadczy to o niewdzięczności, jeno o sklerozie. O czym to mówiłem? A, już wiem: dziękuję siora, Aga, Marek, Radek, Alek, Arek, Andrzej, Zbyszek, Paweł, Paweł (1000), Łukasz, Kamil, Piotr, Krzysztof, Bartek – za pomoc i rady. W tym cierpliwość, albowiem ile razy można znieść nudne pytania o liczbę żeli, zakresy, tempa, buty, spodenki, wiatr, słońce i w którą stronę grzywkę przyżelować. Nie indagowałem chyba tylko o liczbę kilometrów na królewskim dystansie. Pewnie zapomniałem.

Chcę w tym miejscu podziękować jeszcze jednej osobie, aczkolwiek jasnym jest, że nie przeczyta. To Jack Daniels. Dziękuję, Trenerze.

I Wam Wszystkim, wspierającym mnie na różne sposoby. W sieci i poza nią. Macie moją wdzięczność i podziękowania; bez tej życzliwości nie dałbym rady.

Przygotowania do  Orlen Warsaw Maraton zacząłem w grudniu 2017 roku i był to główny cel treningów przez te pięć miesięcy. Jeżeli kogoś interesują jakieś szczegóły, pytać śmiało, w każdej kwestii. Wyznaczony pułap był wysoki (jak ja lubię to słowo z perspektywy 167 cm), zdawałem sobie sprawę. Niemniej: by czuć upadek, z wysoka spaść trzeba… Nie wszystko w przygotowaniach poszło gładko; półmaraton spóźniony o minutę, choroba (szczęściem tylko 10 dni), trochę zawirowań w pracy. Z perspektywy mądrości Polaka po szkodzie przypilnuję też dokładniej snu na pięć ,a nie trzy dni przed strzałem startera.

Z dziecinnym humorem przypomnę dobre wróżby, urozmaicające dni przed startem: nieoczekiwanie dostałem koszulkę w pakiecie (chyba jednak mi się nie należała, bo zestaw: basic?), oraz podwójne wyświetlenie przy sprawdzaniu chipa. To drugie widać na zdjęciu ilustrującym wpis nudnopiątkowy  żebrający o wsparcie. Przy tej okazji pochwalam organizację OWM: zaprawdę, odkupili wcześniejsze winy – nieterminowość oraz, ujmując delikatnie, zbywający stosunek do biegaczy. W dniu sądu wszystko było tip-top, a dla mnie hitem, zbawieniem i podporą stała się obfitość gąbek z wodą na punktach.

Przed startem skrzętnie ściskam swój strach w worze.

Idziemy wreszcie na start. Nie przesadzając, z całą świadomością wulgaryzmu wyznaję: byłem posrany ze strachu. Nigdy (memento – rocznie startuję +/- w 100 biegach) się tak nie bałem, a w czasie hymnu broda mi latała. Nie czułem też dnia, nadziei wszelako do końca nie gasząc. Stojąc na starcie wiedziałem, że 2:40 nie będzie. Przy sprzyjających okolicznościach, zahaczających o cud, modliłem się o 2:43. Prośby moje nie zostały wysłuchane, zasłużenie. Plan zakładał: odnaleźć się na trasie, zwolnić na podbiegu, do połowy 3:50/km a potem niebiosa pomóżcie. Plan…

Zaraz za elitą 😀 Widać kawałek nogi, buta i łysiny. Fot. Ewa Kiec

Szczegół: biegłem ubrawszy się na lekko, jak lubię, mając na trasie trzy osoby szybkie, doświadczone, z żelami i izo swoim (woda, cytryna, limonka, miód, sól himalajska). Bez nakrycia głowy, tu rada doświadczonego Łukasza: tak, jak na treningach. To zdało egzamin. Moje ukochane Saucony Kinvara7 (tak, damski model) również spisały się bez zarzutu.

Rozgrzewkę wykonałem bardzo lekką, przy tej temperaturze wystarczyło.

Przyznam się Wam tutaj do moich rytualików przedstartowych, cóż, śmiech to zdrowie. Próbuję tym zawsze jeszcze bardziej obudzić się przed startem.  Otóż wpierw: a ból lubisz? (to z Twardowsky 2:0). Potem: tylko żeby nie przyszło ci do głowy zacząć się tu czulić (to z mojej ex). Potem  In nomine Patris… i: Ogniu, krocz ze mną (to zTwin Peaks).

Strzał, biegniemy.

Początek mam idealny, bez przepychań, mija mnie Krystian (planowo), dopadam krawężnika, most i Wisłostrada równo, ale potwierdza mi się: nie będzie super, nogi nie chodzą. Jest 3:50, nie ma lekkości. Aczkolwiek po biegu miałem relacje widzów z 3-4 km: szedłeś świetnie, widać było moc, ja jej nie czułem, zachowując jednak spokój. Jak już się przebiera nóżkami, to i umysł wraca na swoje tory. Podbieg na Boleść, niespodziewanie, bezboleśnie: mądrzy przede mną wyczaili, że lepiej chodnikiem (regulaminowo, żeby nie było) ja za nimi i hop Krakowskie Przedmieście nawet bez zadyszki. Słowa otuchy w kilku językach (przeważał japoński) i błogosławiony cień warszawskich kamienic. Przez moment świta nadzieja, ale to  tylko złudzenie najłatwiejszego fragmentu trasy: zegarek jest bezlitosny. Wiem już, że biegnę na 2:45 najwyżej. Niemniej wszystko jest w miarę pod kontrolą. Na Puławskiej pojawia się lekki niepokój: 12 kilometr, a Kingi nie ma. Pamiętam dokładnie, o czym wtedy myślałem: żeby nie okazać jej złości na mecie. Szczęściem przy taśmie pojawia się szczupła sylwetka i profesjonalnie, nic nie muszę zwalniać: żel i picie. Siora rzuca: dajesz, pędzę na trzydziesty i znika. Jest ok.

Nie tworzy się żadna grupka.  Człapię sam, chwilami tylko za/przed kimś. Po bokach też raczej pusto. Taka sytuacja dosyć mi odpowiada, przynajmniej na tym odcinku. Lubię patetyczną samotność długodystansowca. Czy zaznałem na dystansie jakiś szczególnych przemyśleń? Czy popłynął gdzieś duch swobodnie, coś przyszło, coś odeszło, znalazło się?

Nie.

Nogi, śródstopie, krawężnik, zegarek, woda, pij, na głowę, prosta, cień, oddech, przepona, taśma, tempo, znacznik, Aga czeka na 20-tym, woda, numer (jest), zakręt, Wałbrzyska, zetnij, wyprostuj, pięta, zegarek, luźno. Taki romantyk maratończyk ze mnie.

Nie było dobrze, nie było źle. Czas (!) szybko mijał.

Potem wbiegliśmy na szerokie, otwarte, rozgrzane ulice Ursynowa.

Nie będę twierdził, że słońce załatwiło bieg! Niemniej z każdą minutą robiło się ciężej. Do żaru lejącego się z góry dołączył drugi, chyba gorszy: od rozgrzanego asfaltu. Na jednej z nowych arterii biegliśmy niemalże tuż po walcach, a w powietrzu czuć było wyraźnie smolny zapach.

Pomoc Agi dodała mi sił, a na półmaratońskiej kresce przyzwoicie: 1:22:13. Jeszcze w dół ogromną nową jezdnią i nawrotka na północ.

Jest wiatr? Jest.

Ale, moim zdaniem, nie taki straszny. Primo: z boku, nie czoła. Secundo: niezbyt silny. Tertio: ustawał chwilami. Quatro: odcinek był dosyć krótki. Quinto: drzewa rzucały cień.

A mnie tutaj udało się choć na kilkaset metrów powozić za kimś.

To nie wiatr załatwił bieg! Niemniej, odczułem go, zaiste. Tempo zaczęło spadać.  Na tym fragmencie miałem też najtrudniejszy moment psychicznie. Na myśl – już daleko za połową, pojawiła się kontra: Jezu, jeszcze 16 kilometrów! No i dodajmy jadący obok sznurek samochodów. Ale to wszystko rąbki spódnicy. Ciała dawałem ja.

Fot. OWM

Skutkiem nierównomiernego rozkładu znużenia organizmu, pojawił się następujący dialog pomiędzy częściami mojego ciała:

– Jest ok, przyspieszamy (płuca).

– Chyba was popier….liło (nogi).

– Spróbujmy kompromisu – trzymamy tempo 3 km i decyzja (mózg).

– Zgoda, zgoda (płuca, nogi).

Minęły trzy kilometry.

– No i jak tam? (mózg).

… (nogi, płuca) – milczenie.

trasa42km

Było coraz ciężej. Dobrze, że wyskoczył Marek ze wsparciem. Bez niego mogło pójść źle. Zdołałem się pozbierać w miarę i nawet pomachać do kamery. Potem dostawa od Kingi, ale sił nie przybywało. Tempo powoli spadało z każdym kilometrem. Pojawiły się pierwsze strzyknięcia w nogach, zapowiedź skurczy. O dziwo, wyraźniejsze w prawej, teoretycznie mojej sprawniejszej nodze. Na szczęście spazm nie nadszedł, a raczej – dopiero za metą i to niezbyt mocny. Minął mnie Maciek, klepiąc przyjacielsko według umowy, ale nie byłem w  stanie się dołączyć. Niemniej przez spory odcinek był dla mnie punktem odniesienia, ostatecznie wpadając na metę dwie minuty wcześniej. Dobieg do mostu świętokrzyskiego to bolesne wspomnienie, tutaj też zgubiłem cały kilometr – wydawało mi się, że jestem na 39-tym, a zobaczywszy liczbę 38 omal się nie popłakałem.

Aga holuje mnie do mety, a ja wylewam na łeb izotonik.

Na szczęście czekały Ania z Agą, która holowała mnie i poiła przez dobrą milę. Na drugim brzegu wielu bliskich mi ludzi, no i AeRowcy dali taki koncert, że wiedziałem już: maraton jest mój. Jeszcze wyliczanka na końcówkę – czy da się złamać 2:50? Zaciskając zęby próbuję jako tako uzyskać sylwetkę w finiszowym korytarzu, a kilkanaście metrów przed kreską spostrzegam zegar: 2:49:56…57…58… Ostatecznie udaje się o sekundę. Woda od Rafała, idę, żyję. Co czuję? Wdzięczność do Wszystkich i szczęście.

Finisz. Fot. Ewa Kiec

Jestem maratończykiem.

*** *

Na mecie jestem szczęśliwy. Przede wszystkim, że ukończyłem, cały czas biegiem, w nienajgorszym jak na debiut maratońskim czasie. Ogromnie się cieszę, że w czasie i po maratonie nie odczułem żadnej (!) dolegliwości mięśni i więzadeł. Za kreską przeszedłem kilkaset metrów do depozytu, wziąłem worek i nie zatrzymawszy się poczłapałem na trasę kibicować innym. Popołudniem i nazajutrz schodziłem ze schodów bez poręczy; we wtorek (start był w niedzielę) 6 km truchtem po lesie; środa 10 km asfalt w 50 minut – to więcej niż ok! W chwili kiedy to piszę (czwartek wieczorem) nie czuję już w zasadzie nic, a jestem świeżo po funkcjonalnym. Dobrze.

*** *

Niemniej wynik jest porażką. Tak, ja wiem, że plan postawiłem wygórowany, że słońce, wiatr i spaliny samochodów. Ale to 10 minut spóźnienia – pieprzone 2,5 kilometra! Będą kary.

*** *

Na dystansie nie spotkałem żadnej ściany. Było powolne, systematyczne „betonowanie” nóg, które z każdą milą stawały się coraz cięższe i cięższe. I adekwatnie do tego spadało tempo: 3:50 – 3:55 – 4:00 – 4:10 – 4:20. Nie mogę niestety przedstawić wykresu, bo Garmin znowu nie teges z Huaiheiem; jeśli wydobędę to kiedyś z zegarka, to dam suplement.

Są i pozytywy: płuca zdały egzamin na pięć. Dwa razy złapała mnie lekka kolka (charakterystyczne kłucie nad obojczykiem) ale lekka, rozbiegana i rozprzeponowana bez stresu. Dobrze działała głowa: emocje były, ale wydaje mi się, że cały czas kontrolowałem stan organizmu i utrzymywałem odpowiednie do możliwości tempo. Mając po starcie wgląd w kilka filmików widzę też, że coraz lepiej z techniką i sylwetką, w porównaniu z poprzednimi latami. Sprawy okołobiegowe – strój, rozgrzewka, żele, ubiór, support – na sześć. Tu nie ma co poprawiać.

Czy jest postęp w technice biegu? Fot. Ewa Kiec

Co zadecydowało? Nogi? Na pewno do poprawy. Dyspozycja dnia? Może trochę… Na półmaratonie na 10km miałem 36 z małym hakiem i czułem moc, tutaj 38+ i nie za lux… Wiem, że wysypali się na tym maratonie nie tacy kozacy, ale niedosyt pozostaje… Dobrze.

Oceniam w skali szkolnej sam siebie: 4-.

Nie chcę, żeby ogólne wrażenie było negatywne. Cztery minus to pozytywna, wysoka ocena! Jestem szczęśliwy i zadowolony, ale z niedosytem. Marudą i fochmanem byłem zawsze.

Jeszcze dodam, że zabrudziłem trochę ulice: leciały na bok kubki, tubki, gąbki, butelki. Rzecz jasna, zamiatanie wliczone w cenę pakietu, niemniej poczuwam się do zadośćuczynienia: posprzątać. Oczywiście, nie pójdę na Puławską, już tam dali sobie radę; ale po lasku jednym i drugim przejdę się z woreczkiem na odpady. Jestem to winien Warszawie.

Wnioski: ostrożniej z rumakowaniem przed przygotowaniami, na pewno.  Do wzmocnienia nogi. Dalsza praca nad techniką. Poprawić dietę, jeszcze więcej snu. Trening dodatkowy, krio, rolo i rozciąganie jest ok.

Jakie mam plany na przyszłość? Konkretnie wpierw. Kolejnym dużym startem jest 8 lipca Tri City Trail (81/1700) i znów debiut, tym razem chcę zostać ultrasem. W czerwcu bardzo mocno Wieliszewski Crossing, a teraz Monte Kazura, zaniedbane nieco parkruny, czyli nudne i nienudne piątki. Chcę złamać 17 minut, ale czy to się uda?

Nie złożę deklaracji, czy pobiegnę w Maratonie Warszawskim we wrześniu. Po cichu liczę, że podobnie jak rok temu, jesienią nastąpi skok wyników (w 2017 kwiecień dyszka – 37:45 (nomen omen bieg Oshee)  listopad – 35:52). Decyzje podejmę zapewne w sierpniu.

I tak samo z przyszłym rokiem. Nagrodą za złamanie 2:40 miał być Berlin 2019. Nie będzie. Czy w grudniu pojawi się wpis: Podpisałem cyrograf… Nie wiem.

Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim.

Jestem szczęśliwym maratończykiem.

83 open (na 4500). Fot. Ewa Kiec

7 thoughts on “Orlen Warsaw Marathon

  1. Dla mnie mega wyczyn. Na początku po nawrotce przy Gdańskim nie wyglądałeś źle. Ale skoro mówisz że już wtedy nie czułeś mocy to coś ewidentnie nie zagrało. Życzę powodzenia w przyszłych startach, gdziekolwiek Cię wiedzę tam tylko można oglądać tylko Twoje plecy i to też tylko na pierwszych km. Powodzenia w pozostałych biegach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *