Oda do pączka.

Pączku.

Tłuściochu! Słodziaku! Kusicielu. Spaślaku, nędzniku, morderco. Mendo. Wężu.

Dzióbeczku! Kochanku, lukierku, skarbeczku. Przysmaczku. Rozkoszniaku.

Znów nadeszłeś, przyturlałeś się z niezdrowej, cholesterolowej kąpieli… Wszystkie postanowienia niweczysz, najświętsze przysięgi za nic masz, druzgotasz z siłą walca i wdziękiem Walkirii. Ot, człeczyna dumnie o charakterze nuci pod nosem, hartem ducha się upaja, z nadzieją w przyszłość spoglądając, a tu… Dup. Kupka mąki i cukru wszystko rozwala. I to żeby jeszcze w jakimś ciekawym kolorze! Nie. Brązowy. Nie ma co się oszukiwać, że obyczaj, że wszyscy, że raz w roku… Przez te wszystkie wykręty prześwituje naga prawda: chcemy cię jeść.

Boś słodki. Zatopiwszy siekacze w twym ponętnym miąższu, upiększamy sobie świat od razu. Nawet szefa łatwiej znieść, taką dysponujesz mocą. Istnieją całe zastępy wymyślnych ciasteczkowych delicji, ale tyś w swej brązowej, przaśnej kulistości królem branży.

Jako zwiastun wiosny na gałązce kruchej, tak w ten wyjątkowy czwartek na stołach rozkwitasz. Niech głów nie zawracają jakimś tam chrusto-faworkiem! Tego dnia trzeba pączka pochłonąć. Lub dwa. No dobra, cztery.

Długo i lubo się odbijasz, zapomnieć o chwili słabości nie pozwalając. I tak rokrocznie. Bądź przeklęty i błogosławiony.

Pączku.

 

 

Łukasz Klaś

7 thoughts on “Oda do pączka.

Pozostaw odpowiedź Łukasz Klaś Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *