Nudny piątek.

Biegniemy naokoło jeziora, nachalnie wykorzystując czas urlopowy. Teren pozwala na ścisły kontakt z dziką przyrodą, oferując trzciny, trawy, piach, komary, bagienko, ciernie, muszki w zębach i tyłki wędkarzy. Dystans do pokonania zaplanowaliśmy rzetelnie, matematycznie: średnica akwenu razy słynna liczba pi. Tę drugą wartość uzgodniliśmy do czwartego miejsca po przecinku, a tę pierwszą na oko. Wyszło siedem kilometrów, w sam raz na wakacyjny, lecz solidny trening. Niepotrzebne nam gps! Tuptamy zatem, ptaki jeszcze świergolą, ryby pluszczą, jelenie ryczą z boru, a dzieci z plaży. Z jednej strony las szumiąc orzeźwia, z drugiej toń szemrząc chłodzi.

Chwilo trwaj.

Takie bieganie przynosi same zalety. Wymieńmy.

Trening na świeżym i czystym powietrzu – miękkie podłoże – odstresowujące obcowanie z naturą – poczucie więzi z grupą – naturalnie pierwotne wyznaczenie dystansu (naokoło jeziora) – luźne tempo – wsłuchanie się w rytm organizmu zgodny z pulsem przyrody – ogólnorozwojowy wysiłek na zróżnicowanym terenie – duma z aktywnego spędzania urlopu – dobry krajobraz na zdjęcie (w biurze zdechną z zazdrości).

Pokonujemy kolejne kilometry, to przybliżając, to oddalając się od tafli wody. Tempo chyba rośnie, bo tętno na pewno. To już chyba niedaleko, wszak miało być siedem kilometrów. Słychać plażę, zatem zapewne nasz ośrodek. Wytaczamy się na piasek z szerokim widokiem na taflę wody. Owszem, widać nasze domki, lecz po drugiej stronie jeziora. Jesteśmy zatem w połowie drogi. Grupa zaczyna wykazywać oznaki buntu. Taksówek wodnych niestety nie ma, musimy dokończyć krąg o własnych siłach. Trudno powiedzieć, by ogarnął nas entuzjazm. Na obiad to już na pewno nie zdążymy. Truchtamy z wolna, mrucząc pod nosem coraz głośniej. Grono wielbicieli terenowych treningów urlopowych maleje. Wraz ze spadkiem tempa coraz hojniej integrują się z nami komary. Pić! Mijamy sklepik, ale nie wzięliśmy kasy. Pani zza lady nie chce nam dać mineralnej na zeszyt, a zastaw w postaci koszulki biegowej (wartej 270 zł!) jej nie interesuje. Zaczyna się dyskusja na temat czystości wody w jeziorze. Trzy osoby wyznaja szczerze, iż wczoraj sikały doń. Zrezygnowani wleczemy się brzegiem, pocieszając się myślą, że śmierć z pragnienia następuje w mgnieniu oka.

Las szumi szyderczo, a fale chichoczą złośliwie.

W ośrodku wczasowym wita nas komitet złożony z dwóch żon, jednego męża, trzech narzeczonych, pięcioro dzieci i teściowej. Mają dziwne pretensje, bredząc coś o spóźnieniu. Rzucając się na wodę z godnością wyjaśniamy różnicę między promieniem a średnicą; wszystko mieliśmy zaplanowane i wyszło, jak miało wyjść. To jest wybieganie i swoje musi trwać.

Nie przyjechaliśmy na wakacje się nudzić. Jutro też coś wymyślimy. W końcu bez kasy i GPS da się biegać, tylko twardym trzeba być.

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *