Wspinaczkowe nudne piątki.

-Czasem nudne jest to bieganie – kwęknął kolega, któremu doradziłem ową aktywność jako zdrowy sposób na redukcję nadmiernych, a niepożądanych tkanek. Dodam, iż osiągnął on na tym polu wymierne sukcesy. Zaczęliśmy się jednak wspólnie zastanawiać, jak monotonię szurania urozmaicić. To skierowało naszą uwagę na temat sportów uzupełniających. Niedawno miałem okazję, po latach, delektować się znów uprawianiem wspinaczki. Posiada ona sporo zalet, a nawet obszarów wspólnych z bieganiem.

Wspinaczka sama w sobie to wspaniały sport, wszechstronnie rozwijający ducha i ciało. W luksusie cywilizacyjnym nasze ręce stają się słabe, w przeciwieństwie do nóg, gdyż chcąc nie chcąc, chodzić musimy. Stąd rodzi się dysproporcja, którą można wyrównać aktywnością angażującą kończyny górne. Dodajmy, iż drapanie się po skałach należy do sportów antygrawitacyjnych, odciążających nogi i kręgosłup. To pozwala wskazać na zaletę jako uzupełnienia biegania, zwłaszcza przy roztrenowaniu. I już mamy związek!
Wspinaczka pomaga też poznać samego siebie – skalę własnej odwagi, zdecydowania, poświęcenia. Nawet na niewysokiej skałce czy sztucznej ściance chwila nieuwagi może skończyć się tragicznie. A jak pięknie buduje więzi z drugim człekiem – trzymanie czyjegoś życia na linie wymaga czegoś więcej niż zaufania. Z drugiej strony wyklucza pewne osoby… Nieprawdaż? Mam znajomych, których lubię, lecz za nic nie związałbym się z nimi liną.

Wspinanie porządkuje pewne sprawy.

A ile daje radości, satysfakcji i przeżyć – w tym estetycznych. Krajobrazy otaczające skałki należą do najpiękniejszych – sprawdźcie jesienią. A widok z góry dostarcza dodatkowych emocji. Nic też nie równa się satysfakcji z pokonania pionowej drogi, choćby najłatwiejszej.
Przytulając się w stromościach do ściany, odryjecie także, iż skały… pachną. Tak! Odczucie to przychodzi po pokonaniu kilku urwisk. Inną woń mają wapienie, inną piaskowce czy granity. Przekonajcie się sami, lub skwitujcie pobłażliwym uśmiechem ową egzaltację.

Dolinki Podkrakowskie uważam za klejnot w wapiennej koronie naszej Jury. Znajdziemy tutaj ciszę, spokój i wspaniałe warunki do wspinania, biegania czy jazdy na rowerze. Dojazd z spod Wawelu zajmie pół godziny. Goszcząc w Małopolsce, warto je odwiedzić.

A najpiękniejsza jest oczywiście Dolina Kobylańska.

Dzięki koladze Rafałowi, pełniącemu funkcję kustosza skalnych Kobylan, podczas krótkiego pobytu w Krakowie przypomniałem sobie dawne lata. Kiedyś moje kompetencje sięgały stopnia VI.5, dziś to raczej rejony… V, może V+. Jaką jednak radość daje kilka takich nudnych piątek! No i apetyt rośnie.

***
Złośliwie zauważmy też, iż mianownikiem wspólnym biegania i wspinania jest odchudzanie. Niektórzy zapaleńcy stosują wyszczuplanie maniakalnie, upatrując w nim drogę do sukcesów. Z pewnością czynnik ten gra większą rolę w skałkach, niż na bieżni. W wertykalnym świecie każdy gram się liczy. Lecz pamiętajcie – zdrowie najważniejsze. BMI potem. 🙂

Poza tym te piękne aktywności spotykają się w biegach górskich. Tam liczy się także odporność na wysokość. Może kiedyś…

***

Namawiam Was do spróbowania. Najlepiej zacząć na sztucznej ściance, zwłaszcza w Warszawie, skąd do najbliższycj skał 200 km. Eh, szczęśni krakusi.😉

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Wspinaczkowe nudne piątki.

  1. Ooooo kurde ale dałam w dupę, że przegapiłam ten post. Szacun wielki. Niesamowity Klaś jesteś! Ja się nieraz na ściankę zamierzałam ale w końcu nie poszłam i tyle z tego było. Nie wiedziałam że się wspinać potrafisz. Super się czyta ten tekst.

    Pozdro dla Ciebie, Agusi, rodziców i sióstr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *