Co wolno biegaczowi?

Piątki to najnudniejszy dzień tygodnia, nieprawdaż? Po uczciwie przepracowanych czterech dobach treningowych zarządzamy zwykle przerwę przed weekendowymi startami. Wypoczywamy, snując się z kąta w kąt, a kończyny dolne świerzbią. Do internetu to i zaglądać nie warto, gdyż tam przeważają memy wolniejszej – lub zgoła nieszurającej – części świata, w stylu: piątek, piąteczek, piątunio, jupiii… A wiadomo, takie teksty prawdziwi twardziele zbywają pogardliwym milczeniem, co najwyżej wzruszeniem ramion kwitując. Nawet – zwróćcie uwagę – wszelakie grupy spotkaniowe typu ultra-hard-city-asfalt-runners ten wieczór w spokoju zostawują. Normalniejsza część ludzkości przebiera nóżkami w oczekiwaniu na imprezę/wyjście/melanż/imieniny cioci. Oddajmy też szacunek nie czekającym zgoła na zmrok, lecz oliwiącym się od rana, zgodnie z przepiękną, pokrytą starożytną patyną, zasadą: carpe diem (w wolnym tłumaczeniu – no chodź już, kurw@).

A biegacze? Im nie wolno? Skazani są na nudne piątki? Czyżby?

Zaprawdę odchodzi się od wszelkich skrajności w naszym stadku, uwzględniając pryncypialną prawdę: ćwiczymy amatorsko. Ambitnie, mocno, fejsbukowochwalczo, ale amatorsko. Nie katujmy się psychicznie stosując zbyt surowe reżimy.

Zatem wolno sobie czasem pozwolić na maciupeńką hulaneczkę, a wyniki na tym nie ucierpią, wręcz przeciwnie – głowa odpocznie, punkty spustowe mózgu zresetują się i wyluzowawszy, mocniej potem depniemy.

Byle nie przesadzić. Istnieje, rodem z teorii diet odchudzających srogich, pojęcie cheat day, czyli dzień oszustwa. Co rozumniejsi jadłospisu nauczacze zachęcają, aby co jakiś czas taki dzionek sobie zafundować. I żreć, co dusza zapragnie. Zważać tylko trzeba, aby nie za często… Opcja raz w miesiącu wydaje się rozsądną. Dwa razy w tygodniu i więcej oznacza, że cały trud można w zadek wsadzić.

 

U biegaczy oczywistym okresem do poluzowania lejców jawi się roztrenowanie. Ruszamy w opcjonalne tany, by stopniowo – z utęsknieniem wyglądając! – wrócić w tryby cnego prowadzenia się. Wskazane, polecane.

Rzadko spotyka się teraz nawoływania do bezwzględnej abstynencji. I nie bierze się taka postawa na skutek sentencji: kto nie pije, ten kapuje. Wskazuje się na dobroczynne dla organizmu skutki spożywania umiarkowanych!!! dawek alkoholu: pobudzenie krążenia, wspomaganie trawienia, oczyszczenie z różnych zaraz itepe. Najlepiej pono czerwone wytrawne wino działa (słynna dieta śródziemnomorska); lecz i piwo raz czy dwa tygodniowo godzi się skufelkować (nerki). Da się żyć i trenować tyż.

Wchodząc przez moment w ton poważniejszy, z całą stanowczością apeluję: nie biegajcie na kacu. To niebezpieczne dla zdrowia i najkrótsza droga do urazów i kontuzji. Nadużycie dniem wczorajszym skutkuje nazajutrz odwodnieniem i wypłukaniem wielu niezbędnych organizmowi substancji. Stawy i mięśnie źle działają, a układ krwionośny też funkcjonuje gorzej. Nie kuście licha.

Mamy też okazje, kiedy używamy jadłem, napitkiem i imprezą, chociaż lepiej byłoby się powstrzymać – a usprawiedliwi nas każdy. Piszę tu o świętowaniu sukcesu.

Niestety, im cięższy, poprzedzony wielodniowymi przygotowaniami start, tym ważniejsza jest właściwa regeneracja bezpośrednio po nim. Niewygodnie nam to przyznać, ale po maratonie (a już po ultra to ho, ho) powinniśmy czmychnąć na kwaterę, wziąć kąpiel, zjeść duży, pełnowartościowy posiłek i… położyć się w spokoju do łóżka. Któż tak jednak czyni? Dawajcie takich mocarzy silnej woli! Ze świecą szukać. Niemniej spróbujmy chociaż główne oblewanie zaplanować na startowe pojutrze, a organizm zregeneruje się szybciej. A jeżeli już trzeba, to zaraz po zawodach poluzujmy raczej w słodyczach, a mniej w alkoholu.

Szczęściem los – i ludzcy biegacze, tacy też żyją – oferuje lekkoduchom piękne połączenie miłego z pożytecznym, z naciskiem na miłe. Organizują dobrzy ludzie zawody iście dionizyjskie: pączkowe, chmielowe, kiełbasiane, gdzie obowiązuje uczestników spożywanie w trakcie tuptania. Smacznego i na zdrowie; acz znów: nie za często proszę. Bo gdzie ciastki królują, tam życiówki rzadkim gościem.

Wspomnę w tym miejscu – do naśladownictwa nie namawiając – o igrzysku, jakie z ułańską fantazją urządzili ongi na Kalatówkach znajomi narciarze. Ustawiwszy na oślej łączce slalomik równoległy, rywalizowali systemem pucharowym zgodnie z zasadą: przegrywający odpada. Z tym, że z kolei wygrywający, przed startem w następnej turze, musiał wychylić kielich okowity… Finał oglądało się ponoć nadzwyczaj miło: najlepsi jeździli baaardzo slalomowo. Takie imprezanty narciarze łobuzerka igry zapodaje.

Trenujmy zatem mocno, lecz sposobnym nudnym piątkiem zaplanujmy odpoczynek przy miłej zabawie. Należy się nam.

Na zdrowie.

 

Łukasz Klaś

8 thoughts on “Co wolno biegaczowi?

  1. Jeść i pić, byle spalić. 😁😁😁Jak się prowadzi staranny bilans kalori,, to można jeść słodycze, byle uzupełniać białkiem i suplementami. Ale najważniejsze to dużo trenować i regeneracja. Zresztą ja piwa i tak nie piję, więc nie mam kłopotu.🚲🚴🚵😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *