Uczciwość biegaczy.

Znajdujemy się w budynku LIM; Warszawa, to ten mieszczący hotel Marriott i pod taką nazwą kojarzony. Siedzę z listą obecności i wzrokiem popycham wskazówki zegara, podczas gdy zdrowe stado świrów wylewa poty na klatce schodowej, zasuwając czterdzieści dwa piętra do góry, jeszcze i jeszcze.

Zwykły trening grupy Biegamy po Schodach, przy czym frekwencja letnia, ziewająca. Nagle wołają mnie machające głosy i sepleniące dłonie: chodź, mamy kwestię organizacyjną. Nareszcie! – myślę z nadzieją, że ktoś oszalał i sentencja: nie wszyscy muszą być normalni ciałem się stanie. A trzeba podkreślić, iż stróżuję na stronie, w holu; nie, nie ze względów zapachowych. Po prostu z boku łatwiej myśli zebrać, tłoku przy okazji w ciucharni nie pomnażając. Zatem lezę i szukam trupa ale spotyka mnie rozczarowanie: pani z sąsiedniej instytucji nad rzeczami biegaczy lamentuje. Że leżą nie pilnowane, a złodzieje grasują, wielce sobie łowy hotelowe chwaląc. Wzruszamy się, acz tłumaczymy, że cztery już wiosny na Marriottem minęły, odkąd schody wieżowca eksploatujemy i same n: nigdy, nigdzie, nic, nikomu nie niumnęli. Pani nie przekonana. My, że cały czas ktoś w pomieszczeniu przebywa: wodę piją, ręcznikiem poty ścierają, selfie strzelają no i gadają, ględzą, dywagują, starty na ćwierćwłosy dzieląc a analizując. Pani nie przekonana. No przecież sami siebie nie okradniemy. Niewiasta chyba aniołem z niebios biegaczy zesłana: proponuje przechowalnie tuż obok: nie dosłyszałem; klub fit, pit, cit, mit czy jakoś tak. Ze łzami w zakątku rzęs dziewczyny dziękują, faceci uznanie wyrażają. Pięknie. W końcu polazła se. Nikomu nic znów nie zginęło, co za pech.

Kwestia przechowania utensyliów osobistych na czas treningów i startów dotknęła chyba każdego biegusia, częściej zdarzając się nieposiadaczom samochodów. Depozyt orgi nie zawsze oferują. Mnie zdarza się to bardzo często, miłe wszelako jak dotąd wspomnienia zostawując. Na parkrunie, treningach, a bywają i opłacone biegi bez przechowalni. Otóż: nie słyszałem nigdy, aby w takich okolicznościach komukolwiek coś zginęło. Chwała?

Uczciwość biegaczy, czy niedobór złodziei?

Mamy tendencję do idealizowania osób podzielających nasze pasje. A na mistrzów dziedziny spoglądamy niekiedy z bałwochwalstwem wręcz, podążając w stronę osadzenia ich na pozycji guru. Stąd żywione niekiedy przekonanie, że biegacze są lepsi jako ludzie. Nasz sport, pominąwszy wynaturzenia, poprawia zdrowie, samopoczucie, wygląd. Oddziałuje zatem wielce pozytywnie, roztaczając tę aurę również na ludzi, którzy go uprawiają.

Czy biegacze są lepszymi ludźmi? Oczywiście! – wykrzyknie większość z nas. Zwróćmy jednak uwagę, że to samo oznajmią o sobie rowerzyści, wspinacze, wędkarze, właściciele psów (i /lub kotów), akwaryści, policjanci, zwolennicy onuc, zwolennicy skarpet. W zasadzie wszyscy. Solidarność klanowa.

To może każde ludzie so fajne? Och, taki świat rysowałby się zbyt piękne.

Naturalnie, bieganie wyrabia cechy pozytywne: cierpliwość, pilność, pokorę etc. Rzeklibyśmy: charakter. Niemniej może też zaszczepiać niechwalebne ciągotki: zazdrość, pychę, obłudę. Ta ostatnia to ciemna strona tuptania; ile osób witających się z uśmiechem na zawodach utopiłoby drugiego w szklance wody?

Wierzę jednak, że pozytywy przeważają, ba! Spychają nieładności na margines. Kwestia nieginięcia rzeczy tworzy w tej kwestii piękny i duży plus. Aczkolwiek zawsze może być lepiej.

Poprawiajmy: zaczynając od siebie.

 

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *