Nudne bieganie.

Z niecierpliwością, charakterystyczną dla człowieka pozbawionego dłuższy czas dostępu do ulubionych zabawek, podążałem na miejsce zbiórki naszej grupy. Czy wszyscy już wrócili z letnich wylegiwań i podążą za głosem sumienia, domagającym się spalenia urlopowych naleciałości spod znaku gofra i smażalni? Naprzód, ekipo – mobilizowałem ich telepatycznie. Przybywajcie, jako ja nadciągam. Ruszcie nogi i to, co nad nimi.

***

Na miejscu, ku mej radości , czekali wszyscy, oprócz hrabiny. A i ona przycwałowała po chwili. Tym razem na bladożółtych paznokciach prezentowała starannie wymalowane głowy sępów. Tak! Z krzywymi dziobami i gołą szyją. Chciałem o to zapytać, lecz rej zaczął wodzić Ultras.

-Baczność! Porządkuj się grupo. Marek nadaje tempo, bo jedyny normalny. Chyba. A żeby się nie nudziło, każdy opowiada wspomnienie z wakacji związane z bieganiem.

-A jak, jak ktoś… – zaczął się jąkać Gruby, ale Joanna uciszyła go sójką w bok.

-Jak się, Misiu, opierniczałeś dwa miechy, to ruszysz wyobraźnią i coś wymyślisz.

-Kto zaczyna – spytałem.

-Wymiatacz.

-A dlaczego?

-Bo najwyższy. Żeby ci zrobić przyjemność, wasza niskopienność.

Poczekajcie, zemszczę się. Na dużych są sposoby.

***

-Biegnę sobie niespiesznie wokół jeziora, a już po ciemku. Droga szeroka, z jednej strony toń, z drugiej ląd i las, ciepła noc lipcowa. Cudo. Cykady cykają, żaby kumkają, kaczki w trzcinach wszędobylsko pluszczą, księżyc świeci, drzewa szumią, szorstki żwir pod podeszwami chrzęści, dusza śpiewa. Zew cwału natury. W kroku mam tak lekko i świeżo, iż muszę się pilnować przed przyspieszaniem. Aż tu nagle… Przede mną, ale z boku, w krainie gęstwy nieprzebranej, jak coś mruknie! I zaczyna szeleścić tymi badylami. A mówię wam, te odgłosy przerażające, że spory zwierz. Myślę sobie, minę, zostanie, spłoszy się, odpuści, że to dziki zwierz człeka unika. Ale kontrolnie przyspieszam. Mijam toto, a staram się nie zerknąć i strachu nie okazać, bo to psy nawet wyczuwają, a co dopiero wilki i niedźwiedzie…

-Zaraz – przerwał Marek, zwany Fanatykiem – ty w Białowieży byłeś czy Bieszczadach?

-W Mikołajkach, ale nie przerywaj. No więc minąłem, a to dalej trzeszczy. Staram się nie oglądać, ale słyszę wyraźnie, nie spłoszyło się i za mną podąża! Tu las, noc, ja sam, pomocy znikąd. Przyspieszam, a staram się nie oglądać. Wyciągam komórę, niech ratują, leśnicy, GOPR, straż miejska, sto dwanaście, ktokolwiek! Bateria słaba, zasięg znika. A to, słyszę wyraźnie, na drogę wypadło i za mną gna. Przyspieszam, a staram się nie oglądać. Tętent, żegnam się ze światem. Walcząc o życie, pobijam rekordy. Już prawie mdleję z wysiłku, gdy dostrzegam światła przystani. Wściekłość się we mnie obudziła i męstwo, chcę stawić czoła bestii, odwracam się i…

-I co to było?

Zwolniwszy, otoczyliśmy kolegę grupą, żeby wspomóc w traumie, która przecież na samo wspomnienie mogła grozić jego delikatnej psychice.

-Zając.

Wszyscy potem zwalali jedni na drugich, że to inni się śmiali. Nikt się nie chciał przyznać. A faktem jest, że przez dobrą chwilę wokół Wymiatacza rozlegał się rechot, kwiki i piski. Tak, żeby nastrój zwierzęcości podtrzymać.

-W każdym razie – pocieszał go Gruby – pozostałeś w estetyce biegowej. Uznajmy, że gonił cię pacemaker.

-Cielawe, czy bylibyście tacy odważni tam, wtedy! – Oburzał się nasz bohater. -W grupie, za dnia wszyscy mocni.

-Skądże! -Ucieklibyśmy kicając…

***

-No a ty, Tadziu? -Zapytała podejrzanie słodko hrabina.

-Ja miałem przygodę w miejscu bardzo wakacyjnym…

-Tylko nie mów, że nad morzem…

-…za Mielnem, a w zasadzie to za Sarbinowem. Czyli w Gąskach, tam, gdzie jest nasza elektrownia atomowa, ale jej nie ma. To znaczy jest w planach. No i biegnę do tej elektrowni…

-Tylko nie mów, że po plaży o zachodzie słońca. To nudne.

-Nudne to są piątki po asfalcie. No i biegnę plażą o wschodzie słońca, a elektrowni nie widać – i słusznie, bo jej nie ma. Patrzę, a tu z naprzeciwka zasuwa facet. Jakoś tak z daleka dziwnie wygląda. Zbliża się, ja go pozdrawiam. I w tym momencie mi ręka zaschła w gardle. Gość był goły. Ale jakoś się minęliśmy. Myślę: naturysta, albo jakoś tak. Człapię sobie powoli, a tu za mną coś dyszy z cicha, przy czym ten dźwięk przybliża się. Spoglądam przez ramię, a tu dogania mnie babka. Nic w tym dziwnego, bo tempo miałem typu ultratrucht, ale uwaga – ta też goła. I, nie trącaj mnie Władek, tak, piękna i młoda. Wszystkie kobiety są piękne i młode, a inne nie biegają. I ona wyprzedza mnie, mówi „hej”, a ja „hej, hej” i udaję, że Bałtyk podziwiam. Ale tak szczerze wam powiem, ani jednej fali nie pamiętam. Nic to, bo znowu na mnie grupa napiera. Tak, wszyscy jak do rosołu. Kurde, myślę, hippisi morscy jacyś, czy co? Patrzę przed siebie, a tu grupa dziarskich emerytów maszeruje, za ubranie mając tylko kijki. Nie wytrzymałem; stchórzywszy, bryknąłem w bok, przez wydmy. Starałem się roślinek nie zdeptać. Przynajmniej ten odcinek przebiegłem żwawiej.

-I co, dowiedziałeś się, o co chodzi?

-Ja nie, ale inni tak. Jak wieczorem opowiedziałem w knajpie, tak na drugi dzień rano kilku facetów poczuło miłość do biegania. Ale im na sucho nie uszło, bo jak się tamci zorientowali, to kazali im dołączyć. Jeden kumpel błagał, żeby żonie nic nie mówić. No, wam opowiedziałem, ale przecież mogłem, nie?

-Ale czemu zasuwali na golasa?

-To był protest przeciwko elektrowni, a przy okazji zbierali na świnkę.

-Jaką świnkę?

-A na jaką świnkę mogli zbierać na plaży? Morską! Mieli ją wykupić z restauracji.

-A ciebie czemu tak puścili obojętnie?

-Widocznie uznali, że za biednie wygląda i na świnkę nie da…

***

-To teraz ja wam opowiem – zaczęła hrabina Szczydoniecka, czule przyjrzawszy się swoim paznokciom.

Zwolniliśmy nieco. Co za szybko, to niezdrowo.

-Biegnę sobie spokojnie po piaseczku…

-Nie, to już ultranudne!

-Milczcie, potomkowie australopiteków! Żadna tam plaża, tylko napieram po pustyni.

Nie można powiedzieć. Uczyniła napięcie w gromadzie.

-Sahara? -Pisnęła nieśmiało Asia.

-Gdzie tam. Rodzimą Pustynię Błędowską eksploruję. I żadne tam zachody i wschody, ale rankiem sama trening uskuteczniam. Okolica spokojna. Nie gwałcą. Tuptam cichutko, a tu patrzę, facet leży. Goły, brudny, zakrwawiony i tylko rękę ma na czarnej torbie przy boku. Uszczypnęłam się, czy nie fatamorgana i ruszam do akcji reanimacji, a wszystko mi się w głowie pieprzy, dziesięć oddechów i dwa dmuchania, czy odwrotnie. Padam przy delikwencie na kolana, a ten otwiera jedno oko i syczy:

-Spitalaj, bo mi sępa spłoszysz.

Zatkało mnie. Szturcham go w bok, a ten swoje:

-Won, bo mi sępa spłoszysz. Sio!

O kurde, myślę, to taki z ciebie poszkodowany! I do mnie, hrabiny, z ruska! A w rzyci cię mam, niech cię te sępy zeżrą. Olewam i biegnę dalej. Patrzę tylko za siebie, ale nie, nie znika. Znowu piach. Skrzyp, skrzyp. Wtem czuję jakiś zapach, ale taki smród, jakby się hienie odbiło. No i masz ci, leży sterta mięcha i flaków. Much jak mrówków, a obok taka kupa gałęzi leży. Podchodzę, oglądam, a tu z tej sterty badyli słyszę:

-Zmiataj, bo mi sępa spłoszysz. To moje miejsce!

Kurde, przez chwilę pomyślałam, że mi na stołówce czegoś do zupy mlecznej dosypali. Ale to jawa, jeszcze sprawdzam te gałęzie czubkiem buta. A z wnętrza znowu:

-Won stąd, bo płoszysz sępa.

Paranoja. Ruszam więc, a wydaje mi się, że na piasku jakieś cienie krążą. Zaczęłam na niebo spoglądać i nasłuchuję. Czy sępy kraczą? Weź się, babo, w garść, mówię sobie. Pewnie jakieś wygłupy. Biegnę. Patrzę, leży sterta kości. Ale tyle, jakby stado krów że skóry obdarli. I tak równo ułożone jakoś. Zatrzymuję się, a z tych gnatów jak nie huknie coś:

-Won, bo mi sępa spłoszysz!

Nie wytrzymałam, dałam dyla. Teraz już wiem, co Stasio i Nel czuli. Ale oni przynajmniej z ludźmi byli, a ja sama. Dymam do pensjonatu, a goni mnie szum skrzydeł, przysięgam. Pierwszy raz poniżej 4:00 biegłam, mam w zegarku zapisane, jak kto nie wierzy. Na tyle się tylko pozbierałam, że do pokoju w miarę spokojnie dotarłam. Prysznic i myślę: trzeba do baru. Raz, że należy mi się kielich, dwa, że w barze wszystko wiedzą. Wołam podwójną szkocką i zerkam na pasek wiadomości. A tam: sępy nad Pustynią Błędowską…

Mimo woli popatrzyliśmy na niebo. Hrabina chrząknęła i kontynuowała.

-Życie jest popieprzone, mówię wam. Okazało się, że jest taki gatunek sępa, który czasem do Polski zagląda. Ale on to podobno raz na kilka lat się trafia, zwykle nad górami krążąc. A ci faceci, to byli fotografowie, pasjonaci ptaków. Takie pułapki robili, bo zdjęcie tego ptaszyska na tle naszej pustyni to byłby hit. Oni mają jebla, mówię wam.

Zamyśleni, dotarliśmy do końca naszej trasy. Już nie pytałem hrabiny o paznokcie. Żegnając się, ustaliliśmy, że następnym razem opowiada reszta składu. Nikomu nie darujemy. Już czekam na następny tydzień.

Łukasz Klaś

6 thoughts on “Nudne bieganie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *