Na zachodzie ze zmianami.

Ukończywszy parkrun w czasie nienajgorszym rzucamy się na Pomorze Zachodnie zwiedzaniem. Wpierw atakujemy Szczecin, miasto nadobne, najbardziej morskie, sto kilometrów od Bałtyku leżące. Sól w powietrzu krąży i we włosy się wplata, skrzypienie olinowania słychać, mew tupot robrzmiewa. Jeszcze urodę Lasku Arkońskiego mamy przed oczami (a jego wzgórz w mięśniach nóg), a już do centrum nas gnają. Park Kasprowicza, mówią. Pomnik, róże, teatr, urząd, atrakcje. Idziemy.

Siedziba władz, zaiste, odplombowana rozmachem. Z przodu i z tyłu rozległość alei ukazuje perspektywę zogniskowaną: monumenty stoją na posterunku.

Tu trzy orły do lotu się rwą, tam gryf drapie pazurem. Jest i Papież Święty, a dla kontrastu matros filuterny okiem się uśmiecha.

Eklektycznie, kosmopolitycznie, ekumenicznie Szczecin się wystroił, przeciągnięty z Rzeszy do Rzeczplitej. Zachował urok i w coraz nowe szaty się stroi, a wszystko z rozmachem. Trywialne już niemal Wały Chrobrego oferują panoramę iście portową, turystyczną ćmę goszcząc.

Tu i tam znajdujemy perełki. Ptaki  kamienia do lotu się rwą ze studni, a obok parasolki kolorem zakwitają.

Ptasia studnia.

Na jeziorze ważki się czają, a kaczka na grzbiecie przesłanie niesie: zero tolerancji dla chleba. Implicite, chodzi o dobór właściwej karmy dla ptactwa, lecz brzmi mocno, nieprawdaż?

Wielkie nazwiska obok drobnych radości koegzystują: tu Hasior skrzydlatych w niebo wypuszcza, tam tęczowo się mienią wstążki fikuśne.

Hasiora pomysł…

Teatr pożera przestrzeń wytrzeliwując spod łuku, a obok ławeczka pomysłowo słońcem telefon nakarmi.
Tydzień zwiedzania byłby mało…

***

Idźcie do ogrodu różanego, mówili.

Rosarium nas wciąga, otulając lawiną kolorów: biały, kremowy, beżowy, ecru, żółty, herbaciany, przypalany, odpalany, pomarańczowy, purpurowy, czerwony i patrzcie państwo: różowy. Że to kolcem się czai, z pyłu ziemi powstaje i nawozem karmi, któż w czas sumuje? Tak dużo, tak naraz przepysznych kwiatów wtargnęło na niewielki obszar i krzyczy do nas kolorem i zapachem. Za obłędem bodźców szargających ludzkie zmysły próbuje nadążyć kryptopoetyka nazw, lecz gdzie tam: najwymyślniejsze określenia brzmią ubogo wobec tej orgii barw, kształtów i woni. Cóż nam powie Acapella, Superstar, Clementine i Mroczna Maria wobec uczty dla ócz i nochali? Facecja, zaiste…


Dźwięczy jeszcze jeden aspekt owego niezwykłego ogrodu, uderzający w mnogości powabnych istot. Każda róża chce być tą jedyną. Najlepszą, najpachniejszą, najczerwieńszą, pierwszą. One mówią, one proszą, one krzyczą: ja, ja, nie ona! W mnogości i szale wręcz bolesnego piękna wyrugowano zbiorowość mogącą harmonię pejzażu utworzyć: tylko najładniejsza się liczy. W umyśle człowieka bezradnego wobec drapieżnej konkury boleśnie się wyrzyna wycie chóru piękniś. Odchodzimy nie zabierając nawet we wspomnieniu żadnej z nich, zostawiwszy urodne stado na pastwę udręczenia dogmatu estetyki.


***

Przemieszczamy się na wyspę Wolin i wypadamy na wolność oceanu. Odpoczywamy w miejscu, gdzie wakacjonistów na plaży skąpo, a jodu, piachu, muszelek i innych wybrzeża atrybutów mnóstwo się pałęta. Ścieżki miękkie, idealne igliwiem, lasem widnym na treningu nam mijają; rajsko. Zachody słońca rozgrywają się turnerowsko, a zwróciliśmy uwagę na ładny szczegół: najdalej na zachód i północ, w czas przesilenia, nie da się później naszej gwiazdy dziennej pożegnać. Odpoczywamy błogo, nie leniąc się, lecz urokliwy czas pożerając.

Morze uderza miarowo o brzeg.

Łukasz Klaś

6 thoughts on “Na zachodzie ze zmianami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *