Na tropach smętku.

Wybierając się na Mazury, oczekuję jeziora, spokoju i wędzonej sielawy. Czegóż więcej do szczęścia potrzeba? Lecz przeznaczenie czai się wszędzie. Literatura międzywojenna zza drzewa wygląda, refleksję wymuszając. Panie Melchiorze, płyniemy.

***
Szukamy sympatycznie złośliwego duszka na niewielkim fragmencie Krutyni, kajakując trzynaście kilometrów z prądem. Rozpoczynamy w miejscowości Krutyń, spotykając w wypożyczalni kompetencję i uprzejmość. Ceny stosują umiarkowane; po krótkim rozgardiaszu nasza niewielka flotylla zostaje zwodowana i puszcza się z nurtem.

***
Początek czerwca wyklucza już, niestety, odludzie. Tu i sama pandemia nie pomoże; cały czas w zasięgu wzroku pozostają inne załogi. Nie wszyscy zachowują się cicho. Po brzegach też napiera infrastruktura. Wszystko razem zbytnio rozrywką pachnie; dziś czy Mazur, Polak, Niemiec zgodnie rolę klientów lub obsługi grają. Ja chcę więcej dziczy, więc wieje mi smętkiem, a Smętek chichoce w zaroślach. Nawet jego dąb, choć podpisany, mało przykuwa uwagi.

***
Przyrody do obcowania sporo jednak otrzymujemy, trzeba prawdę oddać. Gdyby nie hałastra na wodzie… Wiem, my także ją tworzymy. Ból istnienia wspólnoty nas dopada.




Natura rekompensuje, jak może. Zmienia się dno, brzegi, perspektywa i toń z każdym nieomal zakrętem rzeki. Tu las zamyka z dwóch stron sklepienie, nachylając się pobłażliwie nad naszym stadem. Chciałoby się rzec, iż strzaskane w burz żywiole konary zagradzają drogę, ale to lipa – trudności na szlaku nie ma wcale. Drzewa dodają cienia i barwy nurtowi, szumiąc w ramach uiszczonej przez spływowiczów opłaty.

***
Potem trzciny otwierają horyzont, lecz tylko do swoich czubów; płyniemy między dwoma bandami. W gęstwinie łodyg skrzeczy, pluszczy, gdacze i trzepocze całkiem niezły zestaw, zadość obcowaniu z naturą czyniąc. Pół-cywilizację reprezentują krowy, widokiem i zapachem. Rytm wyznaczają kolejne mosty, szpetotą smętek wzmagając. Burzy się dusza na widok śmieci na dnie; cena popularności terenu. Statystyka brudasów w ludzkim stadzie się kłania.

***
Jeszcze o dnie opowiem, nastrój ratującym. Ono gra kolorem, rośliny, piaski, kamienie ze światłem swatając. Zieleni się sałata, brązem długie łodygi włosy rozpuszczają, a na ławicach złoto oko mami. Głębie, choć nieprzepastne, się trafiają, a częściej płycizna szydzi z eksploratorów. Cienie ryb dowodzą, że jeszcze przyroda nie zginęła. Kolorowe stado kajaków jarmarczy się, rozpychając chamsko w gościnie u rzeki.
Smętek.



Wniosek zostaje mi nienowy: tu trzeba zdecydowanie poza sezonem przybyć. Lecz czy to jest rozwiązanie? Coś mi mówi, że i wtedy smętek znajdę, a Smętka, diablę, niekoniecznie.

Ale próbować warto.

***
Łukasz Klaś

4 thoughts on “Na tropach smętku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *