Mors biegowy.

-Zimno – narzekał Tadeusz, kiedy oczekiwaliśmy na przybycie spóźnialskich z naszej biegowej ferajny. Zebraliśmy się w zwykłym miejscu, pod kotwicą.

-Jakie zimno – protestował Marek – mediana temperatury aktualnego stycznia wskazuje tendencję do przekroczenia prognozowanego poziomu rozkładu gradiacji wielopłaszczyznowej w stosunku do ześrodkowania wieloletniego w lewelezacji około 5,555 stopnia Celsjusza!

-Kopnąć cię? – Zaproponował uprzejmie Gruby. -Ciepło nie jest, nawet mi.

-Klimat się zmienia, katastrofa globalna, anomalia, a tym byle przymrozek przeszkadza – mruczał Fanatyk – samolubcy, egoisty…

-Zima słaba, zimy ni ma, mały chłodek, kiepska zima – zrymowała zgrabnie Asia, z widoczną czułością poprawiając buffa Michałowi – ale bałwanów nie brakuje.

Na twarzy Fanatyka można było odczytać walkę pod tytułem: obrazić się, czy być ponad to? Pospieszyłem odwrócić uwagę.

-A oto i hrabina – zaanonsowałem ostatnią spóźnialską.

-Zimno – powitała nas – i niech nikt nie pieprzy o zmianach klimatu.

-Ruszajmy, ruszajmy – ratowali sytuację Ultras i Władek Wymiatacz.

Zaczęliśmy tempem umiarkowanym, jak to klasycy radzą. Na szybkość przyjdzie czas.

Hrabina Szczydoniecka jak zwykle przejęła inicjatywę rozmowy.

-Piękne, prawda? – domagała się uznania, prezentując paznokcie z wymalowanymi płatkami śniegu. – Lecz nie obrazem, a czynem trzeba prawdziwą zimę przywołać.

-Zaniesiemy modły do Dziada Mroza czy spalimy rytualnie jakąś wiedźmę? – dopytywał się Misiu.

-Zamilknij, szyderco – ripostowała nasza arystokratka – będziemy morsować.

Temperatura od razu spadła o kilka stopni. Odruchowo podciągnęliśmy suwaki zamków i poprawiliśmy czapki. Na wszelki wypadek zwolniliśmy. Taki trochę mniej szybki trucht.

-Przecież sama mówiłaś, że zimno – rozpoczął protesty Ultras.

-Taki tam chłodek – wzruszyła ramionami hrabina – a morsować musimy!

-Dlaczego? – zapytało kilka osób na raz i jak to mówią, zawisło na ustach jejmości.

-Dlaczego ja zawsze muszę takie oczywistości wyjaśniać?

-Wybacz, moja droga – wyprostowała się bojowo Asia – jestem fit i byle wyzwanie mi nie straszne, ale pchać się zimą – nawet taką kiepską – do przerębla, nie lokuje się u mnie w oczywistościach.

-Musisz uzasadnić – oświadczyliśmy zgodnie – na piękne oczy i paznokcie nikt do lodowatej wody nie wskoczy.

-Oddajemy ci głos – oznajmił uroczyście Tadek spod dziesiątki – i zwolnijmy trochę.

Nie wiem jak, lecz udało nam się zwolnić, nie przechodząc do marszu. W tym nasza grupa jest mistrzem świata.

-Morsowanie zabiera ciepło, więc dodaje energii. To logiczne. Przede wszystkim robimy to dla zdrowia. Chyba nie trzeba tłumaczyć, że hartuje i wzmacnia tkankę odpornościową. Dobrze robi krążeniu, bo krew ucieka do wnętrza ciała, wypompowuje się z narządów nieważnych.

-Aha – powiedzieli wszyscy faceci na raz.

-Nie aha, tylko chodzi o skórę, ręce i nogi. I to jest zdrowe, bo krew dobrze krąży. Poza tym ujędrnia skórę, spowalnia starzenie – zwłaszcza umysłu – kształtuje silną wolę i naturalnie masuje ciało. Lecz najważniejsze dla nas biegaczy (tu wszyscy, nie wyłączając perorującej, wypięliśmy dumnie piersi) jest oddziaływanie regeneracyjne. Zanurzenie w lodowatej wodzie przyspiesza odbudowę mięśni, usuwa zmęczenie, łagodzi miejsca bolesne i pozwala mocniej trenować, a co za tym idzie: więcej i szybciej biegać!

Zrobiło wrażenie. Chyba nawet trochę przyspieszyliśmy.

-Co trzeba zabrać na takie morsowanie? – indagował Wymiatacz.

-I to jest kolejny świetny punkt takiej imprezy – praktycznie nic. W przeciwieństwie do innych sportów ekstremalnych, wymagających ton sprzętu, tutaj, podobnie jak w przypadku biegania, wyposażenie jest minimalne, proste, tanie i nie wpływające na wynik. Wystarczy kostium kąpielowy, a co za tym idzie i sucha zmiana bielizny. Dalej ręcznik, a najlepiej dwa, duży i mały. No oczywiście klapki, albo butki kąpielowe czy te słynne neopreny. No i to praktycznie wszystko, no jeszcze rękawiczki i czapka, najlepiej po dwie pary, jakby się zamoczyły. Praktyczny jest szlafrok, albo najlepiej ponczo, są takie specjalne do morsowania. Fajnie też mieć termos z gorącą herbatą, najlepiej z miodem i cytryną i imbirem. Aha, przyda się też karimata i składany stołeczek turystyczny, żeby było na czym siąść do przebrania. Naturalnie, siekierę do wyrąbania przerębla, lecz niekoniecznie – można ją zastąpić piłą spalinową albo wiertłem.

-Faktycznie niewiele – stwierdził Tadek – może na jakąś małą ciężarówkę się zmieści.

-Jesteś idiota. To spokojnie wejdzie do torebki, no, może do niewielkiego plecaka i karimata pod pachę.

-Chyba nie mam tak dużego niewielkiego plecaka – zauważył Ultras.

-Każdy musi mieć piłę spalinową?

-A co to jest ponczo? – Chciał wiedzieć Marek. -Czy to jest taka derka, którą w Tybecie zakładają na lamę?

-Lama to jest ten buddyjski ksiądz przecież.

-Nie, to taki mały wielbłąd z Australii. Widziałem na filmie z naszjonal dżeografik.

Chwilę czasu zajęło nam uporządkowanie kontynentów, zwierząt, ludzi i ich ubiorów. W końcu ustaliliśmy, że takie ponczo morsowe to praktyczna rzecz.

Ponczo morsowe to manifestacja światopoglądu.

-Gdzie się takie misteria odbywają?

-Wszędzie! Praktycznie wszędzie gdzie jest woda, wystarczy po pas, z jakimś tam dostępem. Plaże zimą leżące odłogiem nabierają życia. Ba, nawet w Wiśle morsują!

Ten argument niekoniecznie nas przekonał. Zapadło zręczne milczenie. Fitnesówa w widoczny sposób walczyła z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Hrabina szybko zorientowała się w sytuacji.

-Nikt wam do Wisły nie każe wchodzić, choć setki ludzi to robiły – i żyją. My mamy świetne miejsce za wałem w starej piaskarni. Cicho, czysto, miło, zimno.

-I mamy te wszystkie gadżety kupić?

-A co nie masz kąpielówek i ręcznika? Termos ci pożyczę, mam dwa.

-Nie, nie, ale tam te… Neropreny?

-A, dobrze że przypomniałeś, bo to jest ważna rzecz. Morsów dzielimy na tych prawdziwych i leszczy, wchodzących do wody w pozycji „na jeńca”.

-Pozycja na jeńca? – Wyrwało się Grubemu. Aśka aż się zaczerwieniła ze złości. Na szczęście dla Miśka, imć Szczydoniecka kontynuowała.

-Trzymając ręce splecione za głową. Prawdziwy mors wchodzi w topiel bez butków, czapki, rękawiczek, zanurzając ręce, a często i głowę.

-Prawdziwy? Taki lepszy sort?

-Tak, coś w tym rodzaju. Nie pije też nic ciepłego po, odmarzając z godnością.

-A początkujący mają taryfę ulgową?

-Lecz tylko raz. Takie prawo pierwszej nocy…

Zamyśleni, pokonywaliśmy ostatnią prostą.

-Posłuchaj, hrabino – ocknął się Marek, zwany Fanatykiem – a skąd ty to wszystko wiesz?

-Poznałam ostatnio jednego rogatego morsa…

-Dopiero poznałaś, a już rogaty?

-Ucichnij, sprośniku. Tak się grupa nazywa, możesz sprawdzić w sieci. Morsują na Jelonkach.

Znów odezwały się chichoty. Skojarzenia to przekleństwo.

-Kiedy proponujesz?

-W niedzielę o 11.00.

-Niedziela jest jutro!

-Ja idę na mszę.

-Ja biegam.

-Muszę przygotować śniadanie, obiecałem.

-Ja mam łyżwy.

-Ja basen.

-Cieniasy! Chuchraki! Wszystko zdążycie zrobić. Bez wymówek. Wszyscy mają być. Będzie zdjęcie i sława w internecie.

-I to zdjęcie to tak w majtkach?

-Im więcej się zanurzysz, tym mniej będzie widać twojego nędznego ciała. Może być sama głowa.

Zadrżeliśmy z emocji i perspektywy wodowania. Następnym razem spytam hrabinę, co namaluje na paznokciach za tydzień.

Jutro zanurzenie.

***

Łukasz Klaś

8 thoughts on “Mors biegowy.

  1. Brzmi super ale do tego trzeba się jeszcze odważyć wejść do takiej lodowatej wody, trzeba zawładnąć nad stopami żeby stojąc na brzegu przypadkiem nie uciekły w drugą stronę. 😉

  2. Zima taka słaba, że chyba możemy zapomnieć o topieniu marzanny. Przy temperaturze minus 10 to by dopiero było morsowanie, nie Łukasz?

    „Dopiero poznałaś , a już rogaty?” 🤣🤣🤣 Genialne.

  3. Nie dziel ludzi na „prawdziwych” morsów i „leszczy”. Morsowanie to ma być frajda. Jeśli wolisz morsować w neoprenach- wolna wola, nie niewola.
    I o tym właśnie mówił Jarek z Rogatych.
    Do zanurzenia

Pozostaw odpowiedź Kasia Dudziak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *