Monte Kazura

Nudne piątki… na Monte Kazura jest ich trochę, aczkolwiek zawody odbywają się zawsze we wtorki. Piątkowość samego dystansu otrzymujemy, rzecz jasna, oczywistą, pytanie, czy pomiar uwzględnia krzywizny wertykalne? Na trasie serwują pięć podbiegów, zatem zbiegów… Zgadliście, też pięć. Jakby ulirycznić trochę fakty, prostych też jest pięć: startowa, międzypodbiegowa, górna, międzyzbiegowa i metowa. Nie cieszcie się: na jednym okrążeniu! Zatem do przeżężenia taki zestaw obowiązuje trzy razy. Pięć odbywa się edycji w sezonie, łaskawym gestem orgów do wyników zlicza się trzy najlepsze, zatem możemy i Kazurę zaliczyć i na ślubie babci zahulać, bez wymówek, a jeszcze nam w rezerwie start zostaje.

Pierwszy podbieg: welcome to the slaughterhouse! (fot. Karolina Krawczyk/Monte Kazura)

Podobno też na Kazurze klnie się pięć razy: przed pierwszym startem po zobaczeniu profilu trasy, na pierwszym podbiegu, na pierwszym zbiegu, przy pierwszej glebie i kiedy stawiasz się jednak na kolejne zawody („chyba mnie popierd…ło”).

„Po co, pocośmy tu przyszli..”(fot. Karolina Krawczyk/Monte Kazura)

Góra Trzech Szczytów (oficjalna, mapowa nazwa) to hałda ziemi, stercząca pomiędzy Ursynowem a Lasem Kabackim. Zawiera dużo wertepów, kamoli, piachu, pyłu i dziur. Jest piękna. Sporą jej część stanowi trialowy tor rowerowy.

Trzeci podbieg. Długi i łagodny, acz najeżony rowerowymi (i żeby tylko) niespodziankami. (Fot. Kaśka Siva Kostera)

Idealne miejsce na wyścig: biega się tutaj wyjątkowo źle. Nie jest stromo. Jest bardzo stromo. Zimą lawiny schodzą. Liczby? Są nawet dwa algorytmy, pozwalające obliczyć prognozę wyniku. Zalecane bywa wykorzystanie jej do planowania tempa. Jeżeli na takim pobojowisku da się w ogóle coś zaplanować i kontrolować. Zatem: bierzemy wyjściowo życiówkę na pięć kilometrów i dodajemy 8 (tak) minut. Lub też +33% do tejże. Obydwie metody mają swoich zwolenników. Spora grupa kazurowiczów twierdzi jednakże, iż takie arytmetyki powinno się wsadzić między pośladkowe średnie.

Sympatycznym szczegółem są ostre zakręty na końcu zbiegów. Rób drugiemu, co tobie niemiłe.

Przed biegiem, rozgrzewając się, podziwiam ewolucje wyczyniane przez młodzież na rowerach. Mnie dech w piersiach zapiera, rowerowemu pszczelarzowi, bojącemu się jedną ręką kierownice puścić. A humor i wigor im dopisuje.
– Co oni tu przygotowują?
– Chyba bieg przełajowy będzie.
– A, to spoko, bo myślałem, że procesja.
W sumie to niedalekie od prawdy, pod koniec zmagań wielu z nas czuło się jak pielgrzymi drogą zmieleni, nosem podpierający mdłe ciało.

Na starcie się szczerzą, na mecie się szczerzą, wyścig pomińmy milczeniem. (Fot. Kaśka Siva Kostera)

Ocena wtorkowego startu zawiera się w charakterystycznym dla mojego melepectwa: tak, ale… Planowałem pobiec na chama, do spadu, aby, przekonawszy się stąd o formie górskiej, dalsze treningi zaplanować. 25 minut miało mnie zadowolić, a patrząc na rezultaty poprzedniej sesji (nie startowałem) sprzed miesiąca, dać miejsce 5-6. Ha,ha. Ha. Na pierwszym okrążeniu tworzę historię mojego człapactwa: pierwszy raz pokonałem całe biegiem. Potem powoli gasło kazurowanie, ustępując nizinno-bagiennemu czołganiu.

Zbieg nr 2. Bezradność, cienizna, wstyd. (Fot. Kaśka Siva Kostera)

Jestem przerażony moją porcelanową bezradnością na zbiegach. Cud, że nie rozsypałem się na proch i pył, nadający się tylko do zamiecenia. Nieco zagęściłem ruchy na finiszowej rundzie, ale nie ma słodkiego happy endu: 24:23 akceptowalne i fatalne 11 miejsce (na 167).

Finisz. Niech Was nie zwiedzie pozorna rześkość – jestem tu wypruty jak konie po westernie. (Fot. Kaśka Siva Kostera)

Co prawda konkurencja mocna, a rekord trasy Piotra Parfianowicza 20:33 przyprawia mnie o ból lędźwi, śródmóżdża i ego. Pokłony. Niezmiernie ciekawy jestem, ile na tej trasie wykręciliby górowi giganci: taki Marcin Świerc czy inny Killian. Może kiedyś doczekamy.
Zachęcam Was bardzo do odwiedzin Kazury! Zaplanujcie trening, start, spacer, wycieczkę. Nie pożałujecie, zobaczywszy z wierzchołka panoramę ursynowskich bloków. Nie czekajcie, aż uzyskają status zabytków, one są piękne już dziś. Monte Kazura czeka: rozkłada ramiona swych szczytów gościnnym gestem, ironicznie błyska zachodzącym słońcem, kusi górską przygodą. Ona mnie wciąż wzywa. Odpowiem na zew tej ślicznotki jeszcze nie raz.

Fot. Karolina Krawczyk/Monte Kazura

5 thoughts on “Monte Kazura

  1. Do pełni piątkowości Kazury brakuje jeszcze nagradzania do piątego miejsca w generalce. Co miałoby ten przyjemny skutek uboczny, że pozwoliłoby odczarować przeklęte czwarte miejsce 😉

  2. I to jest świetny argument dla orgów 😉
    Świetnie napisane, można pobiec zamiast kogoś na pakiecie?
    A na FB na razie bez lajka 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *