Mistrzostwo

Każdy człek jest mistrzem. Przed sobą, w dumnej samotności, odrzucamy fałszywą skromność, obiektywnie reasumując: jestem najlepsza! (żeński rodzaj na cześć I❤ F). Rzecz jasna – na świetlistość lica Afrodyty! – z uwarunkowaniami. Nie biegam tak szybko jak Bolt, ale, gdyby… Gdyby nie praca, dzieci, pogoda, za niski (lub za wysoki) wzrost; gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka. Teściową na koniec dodajmy. A taki Usain The Lightning ma po prostu kupę szczęścia.

Jestem miszczem. Biegania, życia, ortografii i w ogóle.

Logiczne.

Ze wszech stron biegowej rzeczywistości atakują nas mistrzostwa. Ileż to dystansów jest do zagospodarowania! Weźmy takie nudne piątki. Czymże tu dzielić, spyta ktoś, piątka to piątka, najwyżej jedne mistrzostwa. Gdzie tam! Mistrzostwa Polski na 5 km: na stadionie. W biegu ulicznym, górskim. Przełajowym. Anglosaskim, alpejskim. Mistrzostwa masters (to znaczy dziadków po 35-tce). Z przeszkodami. Bez przeszkód. Dla rodzin. Dla par. Dla singli. Do przodu i do tyłu. Chyba piątki przez płotki nie serwują, lecz nie mam do końca pewności.

A teraz pomyślcie, ile mamy dystansów. Od 60 metrów do ultra i biegów 7-dniowych. Multiplikujemy mistrzów na potęgę! I dobrze. Jesteśmy mistrzami, kto, jak nie my.

Do tego dochodzą mistrzostwa branżowe. W tej kwestii inwencja organizatorów imprez wznosi się na wyżyny. Mistrzowsko istnie. Zapraszamy zatem: mistrzostwa nauczycieli, hutników, górników, informatyków. Pracowników urzędów skarbowych (tak! na tym biegu podatki płaci się z góry). Możecie wymienić dowolne branże, niewiele ryzykując; raczej wszystkie znajdują się w kalendarzu. Od mistrzostw śmieciarzy poczynając, na logikach i logistykach (pozdrawiam Warszawskiego Scyzoryka!) kończąc.

Logiczne. I logistyczne.

Zatem dla nikogo nie zabraknie szansy na bycie czampyjonem. Jeśli nie w wynikach, to pamiętamy przecież: gdyby nie to, owo, tamto, owamto… Każdy jest mistrzem. Ja i Ty.

Muszę (po prostu muszę!) wspomnieć jeszcze o mistrzostwach… blogerów. Raczej jako osobna kategoria są dodawane, lecz kto wie… Problem zawsze z dopuszczaniem do rywalizacji, jakich kryteriów użyć. Zwykle deklaratywność wystarczy. I bardzo dobrze, bo gdyby sprawność językową, nie mówiąc o literackiej, badali, niewielka byłaby konkurencja. Chętnie stanąłbym w szranki, proponując dwie składowe rezultatu: wynik w biegu + nota za styl pisania. Jak w drogich sercu każdego Polaka skokach narciarskich. Natomiast przy kryterium lajków poległbym z kretesem. Co innego w konkurencji: czytam, a nie klikam, bo tak mogę – tu stoję wysoko u bukmacherów.

Tymczasem jutro w Biegu Ursynowa walczymy z Agnieszką na pięknej, choć nieco nudnej, piątce. Są to tylko Mistrzostwa Polski w Biegu Ulicznym i Mistrzostwa Masters. Co będzie, jak taki weteran wygra całość – nie wiem. Chyba będzie podwójnym mistrzem.

W słońcu i deszczu – każdy z nas jest mistrzem. Każdy.

Nie można być tylko mistrzem parkrunów, ponieważ tam się nie wygrywa. Przybiega się tylko na pierwszym miejscu, jak zwracają uwagę. Logika wyższa. Muszę Radka – mistrza logistyków – o wykładnię spytać. 😀

Nasunęły się parkruny na moje myśli, ponieważ dotarła do mnie koszulka „50” – nagroda za pół setki (dziesięć nudnych piątek) startów i element utożsamiający. Integracyjny. Pisałem, że się pochwale jak przyjdzie, to proszę. Całe 4,79 funta za przesyłkę dałem; samo wdzianko otrzymuje się gratis. Wiwat parkrun – ludzki pan.

Jak długo wytrzyma nalepka? Zaufajmy Anglikom jeszcze raz.

Wygląda przepięknie, pełnokrwistość czerwieni mistrzowsko kontrapunktuje ze szlachetną bladością napisu. Obawiam się nieco, że owa prasowanka przegra rychło konfrontację: naprzemiennie z moim potem i używanym przeze mnie proszkiem do prania. Aczkolwiek według reklamy to mistrzowski wyrób, zatem nadziei nie gaszę. Rozważam też opcjonalnie wykorzystywanie rzeczonej koszulki tylko na specjalne okazje, jak deski wybiegów. Mistrzowsko komponowałaby się z różowymi szpilkami, które mam na oku. Czego się nie robi dla I❤ Fit. Tylko dla kobiet, już niedługo.

Dumnym z tego wdzianka jak stado zwycięskich pawi na mistrzostwach w długości ogonów. Tym bardziej, że trochę to trwało.

50 parkrun wybiegałem jeszcze w starym roku. Jubileusz na Żoliborzu plus skromna, acz mistrzowska wyżerka 😀

Miejmy nadzieję, że następne – 100 biegów bądź 25 wolontariatów dotrze szybciej. Niemniej, podobno w miłości najpiękniejsze jest oczekiwanie, zatem wytrzymam. Nie takie nudy się przeżywa.

Nie omieszkam się pochwalić. Tymczasem trzymajcie kciuki za te mistrzostwa na Ursynowie, no i za naszych piłkarzy na Mistrzostwach w Kopaniu. Choć i tak wygrają Niemcy.

Mistrzowie…

 

 

7 thoughts on “Mistrzostwo

  1. Proszem Ciem bardzo, najlepiej na przykładzie. Przypowieści od 2 tys lat są na topie 😉
    Taki półmaraton w Chełmży, przybiegłem pierwszy, a nie wygrałem… Albo ostatni bieg w Laskach – wygrali wszyscy, nawet ci co nie biegli. Ktoś zapamiętał pierwszego? 😉 On sam chyba nie 😉
    I na koniec, jeden z tych bardziej prawdziwych Mistrzów by powiedział, że nie 7 dniowe, nie 10 dniowe nawet, ale 1000km czy nawet mil – to jest klamra zamykająca 🙂

  2. No święta prawda – gdyby nie ten poród w międzyczasie to przecież w tym roku zlamalabym te 20min na piątkę 😂 a tak to mam taką piękną wymówkę, ba – nawet mnie chwalą , że ogóle już biegam, że w tempie żółwia to nie ważne 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *