Mili supełkowanie

Klubowa Mila to zawody organizowane przez mój klub, najwspanialszy na świecie – Trucht Tarchomin Team. Impreza roku, białołęckie annale biegania. Niech żałuje, kto nie startuje. Kto nie startuje, nie był zaproszony, albowiem wydarzenie ma charakter zamknięty. Wykazujemy chorobliwy izolacjonizm lokalny, ze szczyptą niezdrowego nepotyzmu. Wizy będą sprawdzane skrupulatnie. A że jednym z zaproszonych klubów będzie uwielbiany przeze mnie: I❤ fit, tylko dla kob…

Wiadomo dla kogo; tworzy się precedens skumulowanego elitaryzmu: w tej sztafecie startują tylko kobiety, tylko z tego przybytku, tylko, tylko… Dobrze, że lasu nie odgradzamy przed kibicami, nieświadomymi przechodniami i przypadkowymi grzybiarzami. Łaskawcyśmy. Ludzkie ludzie. Zapraszamy. Tak od piętnastej zero, zero warto się złazić. Burmistrz biegnie też.

Poważniej jednak rzecz ujmując: budżet. Ten łotr nie pozwala na szaleństwo otwartych przepisów, stąd tylko na zaproszenia zapraszamy zaproszonych wybrańców. Kto poza, niech wybaczy, albo, lepiej: niech sponsora załatwi i zaproszenie załatwione. Plus laurka.

Dobre wieści są takie, że oprócz ewidentnych fanatyków pod kryptonimami nudne piątki i warszawski scyzoryk, spotkacie w sobotę mnóstwo świetnych ludzi, co do których możecie mieć pewność, że Was nie stratują. Albowiem zawody to specyficzne: czterozmianowa sztafeta, członki pokonują odległość jednej mili. Droga niezbyt szeroka, leśna z nawrotką. Pomijamy się wielokroć, wyprzedzania takoż spodziewane są.

Tu będziemy zawracać.

Mila, jaka? Ano, właśnie. Lądowa, proszę państwa. Jak zrobimy triathlon, to w wodzie odmierzymy morską, tymczasem obowiązuje: 1609 metrów. Wyliczone przez ekipę TTT z precyzją do 0,01 impulsa dżypyesa satelit – rosyjskich i chińskich. Amerykańskim nie wierzymy, bo z przetargu.

A od dni wielu wre aktywność, jakaż wdzięczna to praca: organizacja. Miło być samym sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Tudzież armatorem, stocznią i ładunkiem. Damy radę, wyszykujemy mistrzowską gościnność.

Nie ma za co.

Zarząd pod przewodnictwem prezesa nie ma kiedy potu z czoła wytrzeć. Pomagamy, jak możemy. Rodziny klną. Prawnicy znajdują precedensa przyzwalające na pomoc dzieci. Niebiesko – pomarańczowa poświata nasuwa się na całą Białołękę.

A jak będzie w tym roku?

Nawet taki dwuleworęki nygus jak ja do pomocy Adze się zgłosił, stuliwszy lęki i nieśmiałość. Pod czujnym okiem szefowej komisji rewizyjnej klubu rzucam się na montowanie, składanie i dzierganie. Trofea! Zaczynam skłaniać się ku poglądowi, że powinno się biegać wyłącznie dla przyjemności. Nic do niczego nie pasuje, sznurki mi się plączą, medale z rąk wypadają. Dobrze, że drewniane; ludowo, leśnie, no i znów: budżet. Asia jednak zaprojektowała je z takim smakiem, że niech się metalowe z maratonów chowają.

Idzie mi jak w smole, a gospodyni jak po maśle. Zaraz mnie wyrzuci. Albo zabije. Najpierw jednak najwyraźniej chce mnie utuczyć.

Mówiłem, że Agnieszka przyrządza najwspanialsze mufinki na świecie? Nie? To dobrze, bo nie życzę sobie, żeby ktoś mi wyżerał. Sam wszystko poskładam!

Świetnie czas przy rękodzielnictwie mija. Przypomina się „Traktat przy  łuskaniu fasoli” i inne takie. Przewodniczącej statuetki kojarzą się z nagrobkami, mnie z wypiekami.

Skojarzenia wplatają urok metafizyczny w pracę.

– A wiesz, że trasa naszej mili znajduje się poza granicą Warszawy?

– A co sądzisz o polowaniach?

Hm! Najoczywistsza paralela; uwielbiam zwiewność wyobraźni dziewczęcej. Zaiste, spora to różnica mieć warszawski a legionowski śrut w dupie! Tym szybciej do mety pognam, jak zginąć, to od swoich.

Prezes życzy sobie zdjęcia (pańskie oko konia tuczy) – Aga wysyła, ja, folią bąbelkową strzelam. Czy wiecie, że to jedno z pytań sprawdzające prawdomówność w ankietach: czy kiedykolwiek strzelałeś z folii bąbelkowej? Podobnie jak: czy śmiałeś się ze świńskich dowcipów? Czy ciągnąłeś odkurzacz za rurę? Chodzi o szczerość.

Trofea gotowe, nasza krwawica! Zdobywcy II miejsca wśród mikstów mają mi postawić flaszkę; myślałem już, że zjem tę statuetkę.

Zapraszamy serdecznie w sobotę, nie będzie nudno. Po zawodach małe gaudium nieopodal.

Prezes będzie zadowolony 🙂

 

5 thoughts on “Mili supełkowanie

  1. Żeglarzom sznurki sie nie plączą. Oni co najwyżej wiążą bardzo skomplikowane węzły, czasem o znaczących nazwach, np. „gordyjski mniejszy podwójnie przełożony”.

    1. Biegacze to inna bajka 😀 Nie dość, że sznurówki rozwiązują im się same, pomylenie trasy choć raz w życiu każdy ma na sumieniu, to jeszcze w wynikach się kamuflują i występują jako „nieznany”, zamiast biegać z otwartą przyłbicą 😉

      1. No właśnie, co wtedy?
        Hmmm…
        Na pewno nie powinien cumować sznurówkami!
        Ale za to może może – albo nawet powinien – sznurować buty cumą?
        😈

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *