Mili, jeszcze o mili.

Lubię poniedziałki… po dobrze wykonanej weekendowej pracy, zatknąwszy okazałe wiechy na mizernych zwieńczeniach sukcesów, należy się wytchnienie. Tak. Ósmego dnia pan odpoczął. Jako że dziewiczym zagospodarowane sobotnie pole było, słodkim znajduję słonego potu otarcie. Inicjacją odkryłem: organizację zwodów, bieg na milę (i to przełajem) i konkretnie: start w Klubowej Mili Trucht Tarchomin Team.

Z chaosu wyłoni się ład.

Założenie całego miasteczka biegowego (jak to dumnie brzmi, nie żałujmy sobie) poszło sprawnie, co nie dziwi, uwzględniając staranność naszego zarządu w planowaniu, logistyce, zarządzaniu zasobami ludzkimi i nieludzkimi.  Lekki, nieodzowny w takich okolicznościach chaos, tylko dodawał uroku całemu przedsięwzięciu.

Praca wre.

 

Nie tylko ja czekałem, aż Krzysztof spudłuje i jakiego wyrazu użyje wtedy Robert. Zawiedli na całej linii: wszystkie słupki wbite błyskawicznie, bez jednego pudła! Szkoda…

 

Nikt z nikim się nie pokłócił. Jakiś dziwny ten nasz klub. Wszystko na czas, z uśmiechem na ustach. A trzeba przecież rozgrzewkę zrobić! Ja zdążyłem sobie pomiar tkanki tłuszczowej zafundować i imainujcie sobie czcigodni: mam nadwagę. Ał.

Bez komentarzy, proszę. Zemszczę się.

A tu i goście się schodzą, burza grzmi, ale my gotowi: namioty stoją, lej se deszczu lej; ciasta gotowe: macie, żryjcie.

Ważnym elementem biura zawodów są ciasta i inne łakomczości. Aga klarownie pokazuje, czym dostanę w łeb, jak się nie wezmę zaraz do roboty.

Pięknie wszystko przygotowane i poza tym cholernym deszczem nic nie przeszkadza. Żeby się jakiś gliniarz przyczepił, no. Leśniczy. Patrol zielonych może? Bo Zbyszek tak przykurkumił w korzeń, że jego noga bolała, ale tamten to raczej nie przeżył. A tu nic. Dzieci grzeczne, dorośli mniej ale bez zawirowań. Rozgrzewamy się, słodzimy każdy każdemu, ogarniamy bieg najmłodszych i wreszcie five’o’clock: start!

Najpiękniej zaprezentowali się dwaj zawodowcy promujący zdrowie i profilaktykę części męskich pryncypialnych. To mi przebranie, dziewczyny rozmarzone.

Estetycznie i z opisem.

Sądnym był dzień zawodów dla niejednego z rodziców, muszących pierwszy raz w życiu swoich pociech objaśniać im pryncypia. Takim sposobem, aby tylko trochę minąć się z prawdą, wstydu za dużo nie najeść, autorytetu nie stracić, a ciekawość milusińskich zaspokoić, przynajmniej do czasów edukacji koleżeńskiej, zwanej niekiedy przysposobieniem do życia przy trzepaku. Niby prosta ta sprawa… Oj, wykazano się słowem kreatywnie: sikawka, pompka, armatka, kogutek z majtek, zakończywszy hitem wieczoru: przekazywacz danych osobowych. Tu i ówdzie rozwijały się również twórcze dyskusje: komu łatwiej wytłumaczyć, dziewczynkom czy chłopcom. I dlaczego. Czy bieganie nie zdoła wyrwać się od dylematu podziału płci? Kwestie owe wracają niczym stada bumerangów. I w łeb czasem zdzielą miotacza, a nie cel.

Podium dziewczyn, nawet niebo się wzruszyło.

Nasze TeTeTowskie sztafety godnie się zaprezentowały: dziewczyny drugie, mikst trzeci; my, chłopaki na schwał, średnia 44 lata – pierwsi. I nawet rekord trasy trochę poprawiliśmy.

Wyniki w linku. A dekoracja potoczyła się drogą Formuły 1: prezes pokazał, jak się szampańsko fetuje. Na medal!

Potem pozbieraliśmy śmieci w tempie przedimprezowym: tutaj rekord na bank. Po godzinie polana zalśniła ponownie przyrodą, czystsza niźli pierwej. Do wyszynku marsz! Radośnie wieczór się potoczył, rozlosowano fanty, najweselsze chwile przeżywając przy próbach rozszyfrowania przeznaczenia niektórych nagród. Rozczaruję panie: fiutkowdzianka nie pojawiły się. A czy spotkamy ich za rok  to nie wiem.

Warto biec, by to pić.

Wypito wody i trunków w miarę, dla Nalewki Asinej warto sztafetę zebrać. Odprawiłem krwawicę gitarową. Przepraszam. Niemniej były Mury, Floydzi, Jolka, szanty i o zgrozo (przepadła moja muzyczna wiarygodność) Martyniuk… Zestaw ognisko w komplecie z kiełbasą, bułką, ogórkiem i ziemniakiem. Delicje ciałoduszne.

Niestraszna mila w lesie dzikim tym, którzy takich dźwięków słuchali.

Coby nie spłynęło do końca słodyczą, wspomnę prawem właściciela bloga o moim starcie. W kolcach (dziecięcych) pruje się znakomicie po leśnych drogach, ale potrzeba ciut formy. Wynik jest miarą mojego wstydu, fatalnie.

Końcem zapraszamy za rok, będzie lepiej. Grunt to wnioski wyciągnąć, dochodzimy do nich powoli. Zasadniczo szukamy jeszcze sposobu na deszcz, propozycje mile widziane.

Za rok widzimy się na VII Klubowej Mili.

7 thoughts on “Mili, jeszcze o mili.

  1. Są jednak pewne wady tej imprezy. W nocy nie mogę spać a teraz skupić się na pracy. Wciąż jestem jeszcze w Choszczówce 😣

  2. Są jednak pewne wady tej imprezy. W nocy nie mogłam spać a teraz skupić się na pracy. Wciąż jestem jeszcze w Choszczówce 😣

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *