Lubię ultra poniedziałki

Moc będzie z tobą, a teraz odczep ten numer z piersi mojej, bo mieczem świetlnym w łeb zamaluję – rzekł Darth Vader, otwierając moją przygodę z Tricity Trail. Odebraliśmy pakiet, w biurze gdańskim spotykając znajomych z… Warszawy: Martynę Adidas Runners i Adriana Nadystansie.pl

Tricity Trail.

Ultra! – oddałem skok na główkę do głębokiej studni, dna nie widząc. Miałem jednak wspaniały support w osobach Agi, Kingi i Tomka; już dzień wcześniej wykonaliśmy rekonesans trasy, ustalając punkty spotkań, dojazd, odjazd, zakupy – całą logistykę.

Rekonesans.

Nie obyło się bez przygód; mapy, gps i internet w pewnym momencie wprowadziły nas na leśną drogę, piaszczystą, rozjeżdżoną przez zwózkodrzewowców. Dzielna Toyota Yaris siostry spisała się znakomicie, a kiedy słyszeliśmy już auta na szosie, drogę zagrodził nam szlaban. Nie wiem, co byśmy zrobili gdyby był zamknięty. Szlabanie otwórz się! Zadziałało, a my pomknęliśmy do bazy – osowskiego mieszkania Tomka. Udało się położyć o 22.00 – bo pobudka 3.20. Spałem dobrze, śniły mi się nudne, asfaltowe piątki, kończone na czwartym miejscu.

Chciałbym w tym miejscu podziękować: najpierw mojemu osobistemu supportowi. Agnieszka (kocham), Kinga (kocham) i Tomek (no, bez przesady – lubię). Dziękuję wszystkim za wsparcie, organizatorom za wspaniały bieg, kibicom za doping, Arkowi za kapsuły i Zbyszkowi za mapę. Jestem Wam wszystkim bardzo wdzięczny!

Trzy melodyjki jednocześnie (technologia kurde, synchro) zerwały nas bardzo bladym brzaskiem; na start! Krótka rozgrzewka, motywujące buzioklapsokopy.

Ogniu, krocz ze mną.

Ruszamy dosyć mocno, droga wygodna i w dół. Czterech faworytów czwórką rzędem pomyka, jeszcze sobie rozhowory prowadząc. Stopniowo ich odpuszczamy, tempa miarodajnego do pochyłości trasy pilnując.

8 kilometr, Łukasz Klaś gubi drogę po raz pierwszy. Moja w 90-ciu prockach wina! Trakt jak strzelił, a zawiesiłem się wygodnie 30 metrów za poprzednikiem i baczność uciekła precz. Nagle tamten zawraca, sytuację zgoła nieparlamentarnie i to głośno opisując. Nawijamy na właściwość duktu, jakieś 200 metrów dodane. A te 10% nie mojego wkładu to niezbyt staranne w tym miejscu otaśmowanie. Napieramy, ja okupuję miejsce szóste. Dobrze. Trasa miejscami kusi do rozpędzania się, są podejścia, lecz nie przesadnie monstrualne. Stawka rozrzedza się, zaczynam biec sam. Lubię to. Support mój kochany czeka w omówionych miejscach, sprawnie żele i picie podając. Mijam oficjalny punkt żywieniowy, biorąc symboliczne porcje wody i banana. Średnia tempa pozostaje obiecująca: 5:10/km.

Trasa nie ma charakteru stricte górskiego; rzekłbym raczej – wzgórzowo – morenowy. Są sekcje po piachu, asfalcie, bruku, ale przeważają dosyć wygodne leśne drogi.

27 kilometr, Łukasz Klaś gubi drogę po raz drugi. Tym razem to ja klnę. Rozwidlenie, a taśm nie widać ni z prawa, ni z lewa. Miotam się niczym wątłusz w sieci, explicite et vulgo lasowi wyjaśniając, co sądzę o sytuacji. Szczęściem nadciąga kolejny biegacz, posiadający zegarek wyższej (nie lubię) specyfikacji, wgraną trasę zawierający. Przemy przez kilometr (!) nie znajdując taśm wskaźnikowych. Ponoć zerwał je miejscowy element lumpen impreza. Jakieś 300 metrów dodane. Obsuwam się o dwie pozycje, wiedząc już, że czas na mecie wyraźnie przekroczy 7 godzin. Gdynia oferuje idylliczny punkt trasy: przejście podziemne pod główną arterią. Sygnalizuję na poborze paszy, że ołowieją mi nogi. Jeszcze w parku odpieram atak psa nie pozwoliwszy się ugryźć i dalejże, hajda w puszczę. Biegnę, sapię, truchtam, rozmyślam. Trwam.

Nieostatnią okolicznością pozwalającą milej mile kolejne zdobywać jawiła się wspaniała oprawa przyrody. Zaiste, matka natura nie poskąpiła swoich darów Trójmiejskiemu Parkowi Krajobrazowemu. Grały mi skowronki, kosy, pierwiosnki, trznadle, zięby, strzyżyki, bogatki, uszy pieszcząc, ale i lżejszym znój czyniąc. Stare, mądre kruki głębokim „roo, roo!” dezaprobatę dla tempa miernego i oddechu sapiącego wyraziwszy, przecież na głowę wstrętów nie czyniły. Stado dzików bokiem szurgnęło, a potem… nawet tutaj od rudej spokoju nie zaznałem. Piękna lisica tylko ogonem zawinąwszy, pogardliwie ślepiami łypnęła i skosem przez zbocze pokazała susami jakie tempo można rozwinąć. Szemrzały potoki i listowie zarówno, chłodu nam użyczając niesamolubnie. A jeszcze byczek Fernando wsparł moją prędkość, pasąc się blisko trasy, do kołka uwiązan rachitycznego. Ja chyłkiem, boczkiem pomykam, nóżkami żwawo przebierając, a bydlę łypnęło ślepiami na chudość klaty mojej i obróciwszy się pogardliwie, pierdnęło bez zainteresowania, szarże na większych zawodników zostawując.

Cham.

Mijam drugi oficjalny punkt żywieniowy, wszyscy mocno wspierają i kibicują. Ładnie. Powoli do półmetka…

Dopada mnie potężny kryzys. Boli wszystko, czuję głód i skończyło mi się picie. A trasa nie odpuszcza. Bardzo nie odpuszcza. Marnieję, oklapuję, flaczeję. Pojawia się mój stary towarzysz – zły i kusząc leje mi jad do umysłu. Słyszę w tyle głowy.

– Odpuść, przerwij wycofaj się! Nikt pretensji mieć nie będzie; pochwalą decyzję, dziesiątki pocieszeń znajdą. Przecież bolą cię nogi i skurcze nadciągają, kontuzją grożąc. Tam wsparcie przy samochodzie czeka, telefon wyjmiesz i pod ciepłym prysznicem zaraz się zrelaksujesz… Dawaj, huź, huź!

Niedużo brakło. Ponownie moje kochane wsparcie mnie uratowało. Zaliczyłem rekordowe wchłonięcie – to się nazywa wielkie żarcie! W gardzieli zniknęła cała woda mineralna, tabliczka czekolady, paczka krakersów plus jakieś drobiazgi. Powlokłem się dalej, błagając żołądek o współpracę. O dziwo, nie odmówił. Po kilku minutach odblokowało mnie, ruszyłem śmielej. Nie było już mowy o początkowych prędkościach, niemniej toczyłem się. Minąłem dystans maratonu, wpływając na nowego przestwór oceanu – mój najdłuższy bieg w życiu. Słońce zaczęło swoje harce, ale widać skonfundowane dziesiątkami nienawistnych spojrzeń, czym prędzej czmychnęło za chmury. Tymczasem zaczynam się coraz bardziej zaprzyjaźniać z marszem. To fantastyczna forma ruchu; skłaniam się ku tezie, że milsza niż bieg. I trucht. Na odcinkach w dół poruszam się również nienadzwyczajnie, odkrywszy nowy, rewolucyjny sposób zsuwania się: półchoinka kulawa skosikiem; stosuję go coraz częściej.

A potem zdradziłem asfalt.

Trakt ściele się przede mną prosty, szeroko, lekko w dół, najpiękniejszą powleczony bitumicznością na powierzchni, a ja bokiem po miękkim sunę! Nogi już zbyt do dupy mi wchodzą, każde twardsze uderzenie jawi się dyskomfortem iście piekielnym. Truchtam i udaję, że asfaltowego druha nie widzę. Ale słyszę przecież pachnący smołą ssyk.

– Ultra, ultra ci się zachciało! Ja ci tyle szybkości dałem, wiernie nosiłem, życiówkami karmiłem, parkruny pozwalałem wygrywać, a ty puszczasz się z jakimś ostępami, po błocie i ściółce brodzisz. Dobrze! Dobrze! Zapomnij o życiówkach słodkich, pożegnaj marzenia o złamaniu siedemnastki na piątkę. Idź se do lasa! Precz! Precz!

A ja przecież tylko tak, oh. Czy da się sytuację potem naprawić?

Tempo siada, marnieję w oczach. Wyścig socjalnieje, gdyż dołączają do nas uczestnicy maratonu+. Mobilizujemy się nawzajem, klniemy razem, wzdychamy i powoli wchłaniamy drogę, która zdaje się nie mieć końca. Na kolejnym spotkaniu Agnieszka proponuje, że pokona ze mną ostatnie 20 kilometrów (regulamin pozwala). Uprzedzam ją, że decyduje się na nudny marszobieg. Czuję ogromną wdzięczność, razem działamy już do końca. Atrakcje na dystansie spotykamy coraz wymyślniejsze: jeden ostry podbieg został oporęczowany solidnymi linami. O, jakże miło ulżyć kończynom dolnym, a dołożyć górnym! Ze zwieńczenia kolejnego wzniesienia przeurocza wolontariuszka zachęca: dawać, dawać, byle do mnie!

Poręczowanie, tak się biega nad morzem! Fot. Karolina Krawczyk/City Trail

Kilometr 67, Łukasz Klaś gubi drogę po raz trzeci. Całkowicie moja wina: poprosiłem Agnieszkę: biegnij i mów do mnie. No i tak się zagadaliśmy, że musieli nas życzliwym krzykiem inni zawracać. 100 metrów więcej. Kontynuujemy marszobieg, ostatni punkt odżywczy, trasa prowadzi już komfortowo lekko w dół do mety.

Nudność w nudnym: informacje techniczne. Według zegarka przebyłem 80760 metrów w czasie 8:32, co daje tempo 6:20 na kilometr. Przewyższenie 1700 metrów. Miejsce (jeżeli nic się w wynikach nie zmieni, bo panuje tam ciągle pewien nieporządek, sztafety są ujęte z indywidualnymi) 12 open na (około) 160 finiszerów; 7 w kategorii wiekowej. Dzięki mojemu supportowi (regulamin pozwala) miałem własne punkty odżywcze co mniej więcej 8 kilometrów. Pochłonąłem 10 żeli, 3 czekolady, 3 banany, dwie paczki krakersów, 8 kapsułek elektrolit+. Do tego 5 litrów własnego  izo (mineralna+miód+cytryna/limonka+sól him) i 3 litry Muszynianki. Zaznaczam w tym miejscu, że z tych zapasów korzystali też inni zawodnicy, częstowani przez moją ekipę.

Bieg świetnie zorganizowany, daję ocenę 5-. Spotkaliśmy kompetentnych, miłych i uczynnych wolontariuszy, dobrze działające biuro, depozyt, punkty odżywcze, prysznice. Informacje docierały na czas. Trasa przepiękna! Przepiękna! Przepiękna! Za co minusik? Można by poprawić w paru miejscach oznaczenia, zróżnicować bardziej numery startowe (kto sztafeta, kto ultra, etc.) oraz zrobić porządek w wynikach. Ale to drobiazgi, ogólna ocena bardzo wysoka – dziękujemy!!!

Ja sobie przyznaję ocenę 4-. Dlaczego tak wysoko? Prawem debiutanta. O ile miejsce na mecie uznaję za akceptowalne, to czas osiągnąłem fatalny. Nie wiem, na ile trasa odbiegała trudnością od ubiegłorocznej; chyba była trochę trudniejsza, ale i tak tempo wyszło słabe. Mam nauczkę i motywację do pracy.

Na dystansie świetnie spisał się sprzęt: żadnych otarć, pęcherzy. Biegłem bez koszulki (regulamin pozwala). Ubóstwiany przeze mnie Warszwski Scyzoryk ująłby to skromnie: jestem perfekcjonistą; ja jadnakowoż nie sięgam tak głęboko w jaźń; wiedząc, że pocę się jak świnia, przewidziałem manewr ów zawczasu. Całe wyposażenie zmieściłem w kieszeniach trailowych spodenek z opluwanego sportowego dyskontu D. Dzięki temu (i supportowi) zminimalizowałem objuczenie.

Cieszę się, że nie zaznałem żadnego urazu. Strzykało, pobolewało to tu, to tam, ale całym i zdrowym; pomimo pewnych symptomów, ani razu nie złapał mnie skurcz. Świetnie zniosłem wysiłek wydolnościowo, żadnych kłopotów żołądkowych. Natomiast nogi to katastrofa. O ile łydki pracowały jako – tako, to uda są zwyczajnie słabe. Do poprawy.

***

Ostatnie 8 kilometrów wiedzie łagodnie w dół. Mimo to muszę chwilami przechodzić do marszu. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Bez mojej towarzyszki nie dałbym rady. Na drzewach tabliczki odmierzają kilometry do finiszu. Słychać już park i wesoły rozgwar, pojawiają się coraz liczniej kibice. Zegarek pika osiemdziesiątkę.

Finisz. Fot. Agnieszka Machalica/City Trail

Biorę Agnieszkę za rękę i razem przekraczamy linie mety. Euforia, ale i potworne zmęczenie. Jak zaczęło się od Adriana, tak się i kończy; skurczybyk gratuluje, ale wyposażenie sprawdza. No i dobrze. Dziękuję Wszystkim jeszcze raz.

Jestem ultramaratończykiem.

 

 

5 thoughts on “Lubię ultra poniedziałki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *