Lubię poniedziałki…

Lubię poniedziałki…

…imprezowy to dzień. Znienacka kumpel na ubaw mnie zaprosił. Biegacz. Mały szok, bo to gostek z ostatnich do zabawy ostrej. Widać, nawrócił się. Zatem można. Gwarantuje dobre żarcie, picie i atmosferę. Koleżanki będą? Najpiękniejsze. Z całej wsi, kędy SKM dojeżdża. Powiedział, że będzie zioło. Łałoł. Nie spodziewałem się po nim. Zaraz jednak skarciłem się w myślach za szufladkowanie i szowinizm. Azaliż nie mówi trend: zamiast peta, marychę raczej zakurz? Pono zdrowiej, zatem chórem trzy, cztery: zasiać! zebrać! zalegalizować! Ale się ujaramy.

Przychodzę na imprę i faktycznie, ful ekskluziw. Zioła było do wyboru: mięta, czystek, zielona herbata, rumianek i to z Afryki na r z dwoma o: oo – rojdooz, czy jakoś tak. Jedzenie ekstraklasa dla ekologicznej hodowli kóz i owiec: cieciorka, szpinak, ciasto dyniowe, jarmuż, kuskus, humus i fallus. Światowo rzucam pytanko, czy gluten, bo fuj. Oczywiście, że nie, ale: rozpromienienie, czuję się przyjęty do loży. Napoje tak zdrowe, że umarły by wstał polany nimi. Usiłuję nie słuchać, z czego są soki. Piwo jest? Ryzykuję nieśmiało. Jest, a jakże. Z igieł sosnowych z dodatkiem pyłku paciorkowca. Zjedzona rankiem kiełbasa w żołądku nie dowierza.

Dziewczyny były świetne, bardzo sportowym szykiem wykreacjowane, z obcisłościami. Usadzili mnie między Asią a Kasią, przy czym myśl taka od razu była, że Kasię mógłbym karmić i na rękach nosić, a Asia mnie mogłaby karmić i na rękach nosić. Nie, żeby gruba, ale dopakowana, że na siłkę bierz. One od razu, w ile połówkę robię. Poczułem twardy grunt pod nogami; tłumaczę, że zależy z kim. Kiwnęły głowami ze zrozumieniem, że dobry zając to podstawa. Skąd Gienka znają? Eugeniusz Królik mu z miana, a zającem go zwiemy, bo mu się słuchy wydłużają gdy o wódce mowa. Nagle ucho me w stan gotowości łeb postawiło, łakome usłyszawszy hasło: dżek daniels. Już mi rozkosznie wodą na myszach zapachniało, za colą się rozglądam, ale nie.

To trener gospodarza, od biegania oczywiście. Swoją drogą, jak się im opłaca, że facet z USA przyjeżdża, żeby raz albo dwa w tygodniu jakieś akcenty robić, dziwne. A cola jest, ale siugarfri. Rzyg. Funfel widzi, żem lekko skrzywion i wkład do coli gościnnie proponuje. Wyraziwszy zainteresowanie, szybko zszedłem na ziemię: dolać mi chciał soku z cytryny, limonki i jakiegoś chujstva na ha, nie wiem czy samo, czy ce ha. Wstyd i hańba, wolałbym ocet. Dziewczyny kontynuując rozkminę, o pejsie wspominają. Pejs, że pejs jest ważny. Nie mam nic do Żydów, ale co to ma wspólnego z wyścigami? Wspaniały poniedziałek, biegowa ich mać. I jeszcze ciągle o piątkach, że takie trudne i nieciekawe. Nudne piątki i nudne piątki. Już ja tam ciekawie czas spędzam wieczorami, po których można się sobotnio wybyczyć. A piątki wysypujące się z automatu hot spota wcale nie są nudne, oj nie. A ci tokują i tokują. Czerwoni na licach, drużyna asów normalnie. Takich przez duże A. Wygrali coś w weekend, ale trudno pojąć co; chyba sztachetę jakiegoś ezgieha.

Drużyna A triumfuje

I wyprzedzili tych w adidasach i jakiś trucht. No to chyba trucht nietrudno wyprzedzić. Próbują mi wytłumaczyć zasady, ale ciężko idzie, bo nie wszyscy z drużyny A są obecni. Zrozumiałem, że musieli biec w piątkę, ale jedna osoba na czołgu, a jedna musiała być dziewicą. Nie dopytywałem dalej.

Bieg SGH

Tymczasem gospodarz płoniąc się i krygując pyta miłych gości, czy transmisję obejrzeć sobie życzą, zastrzegłszy, że niezbyt mu proponować wypada. Wybuchnął entuzjazm, a nawet sprzeczka, bo dwie naraz rzeczy interesujące tiwi daje. Słyszę: mecz i sztuki walki, ręce zacieram, przynajmniej czasu nie stracę; jak nasi kopią, to i cieciorkę z fajfusem przełknę. Milcząc taktycznie, modlę się o przeważenie szali na korzyść piłki. Staje kompromisem: najpierw naparzanka, potem futbol. Stwierdziwszy, że druga połowa gry ważniejsza, w dobry nastrój wpadam i nawet w trocinach smak znajduję. Panienki wniebowzięte (czy biegacze zdrowożercy mają niebo?), każda swoje wypieki podsuwa i zachwytów oczekuje. Niestety, wkrótce to wegesiano staje mi w gardle. Zamiast mordobicia mamy taniec wygibaniec z wachlarzami, w strojach z firanki cienkolateksowych.

Jeszcze panienki fajne, ale facety w tym… Zboczeńcy. Jakieś tajczi wietnamsko-panamskie czy coś tam. Do tego muza jak zgrzyt hamulców tramwajowych. Dawno nie serwisowanych. Towarzycho tak się gapi, że nawet nie zauważa, kiedy na fajkę wyskoczyłem, zgrabnie na balkon przemknąwszy. Czuj duch, kanał zmieniają. Na moc spirytusu, co się dzieje! Kanał, to właściwe słowo. Mecz jest lekkoatletyczny; żeby jeszcze modelki wzwyż skakały, gdzie tam. Biegają! A ci komentują, no jaja z wolnego wybiegu normalnie. Zakrok, pięta, tempo, pejs (znowu!), śródstopie, śróddupie, zakres, próg mleczanowy, trajlówki. I tirówki, dodaję w myślach. Impreza na sto fajerek, emocje jak na grzybach. Chwilo, trwaj. Toast z zielonej herbaty, hańba.

Na zdrowie!

I jeszcze o maratonie, że pastować się trzeba cały tydzień i właśnie zaczynają. Maraton to wiem: biegnie się 50 kilometrów na cześć Rzymianina, który w czasie wojny z Chinami z Jerozolimy do Paryża w zbroi przebiegł. Ale pastowanie? I co ma do tego makaron? Chcą mnie poczęstować, ale spojrzawszy na sos grzecznie podziękowałem, podkreślając z naciskiem, że nie wierzę w bezglutenowość klusek.

Pastowanie czas zacząć, do maratonu tydzień.

I poszedł żem se, zmęczeniem się wymówiwszy. Tak się złożyło, że z tą Kaśką się telefonami wymienilim. Znaczy numerami, bo mojego złotego Zamzunga byle komu dotknąć nie pozwalam. Wracam na chatę, a tu sesemes: ja też się nudziłam. Łołołoł. To ja od razu lewy prosty: może się umówimy? Ona: dobrze. Ja: kiedy i gdzie? Ona: w parku jutro wieczorem. (Już mi się kły zaświeciły). Ja: co będziemy robić, króliczku? Ona: zrobimy połówkę na pejsie pięć minut na kilometr, mogę być zającem.

Ja: brak zasięgu, bateria wyczerpana, awaria sieci.

8 thoughts on “Lubię poniedziałki…

  1. Nudne Piątki, nie pogardzajcie tak tą paszą dla kóz, jak to sprytnie ujęliście 😉 W roślinach jest moc! Np. słonie po zjedzeniu mango mają halucynacje 😀

  2. No nie da się z Tobą nie lubić Poniedziałków Drogi Kolego, oj nie da 😉 Super z humorem. Powinni Cię przyjąć do Monty Pythona z tym poczuciem humoru. Blog rewelacyjny. Fajnie że go założyłeś i piszesz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *