Lubię poniedziałki… po nocce naWTC!

Rekreacyjno treningowy bieg charytatywny na WTC sobotnią, wieczorową porą. Takie szuraństwa to się kocha bezwarunkowo. Przyświecał nam szczytny cel, który udało się zrealizować, napychając puszki dla małej Marcelinki aż po dekiel. Brawo!!! A spotkanie z tyloma wspaniałymi ludźmi na leśnych ścieżkach Wieliszewa pozostanie na długo w pamięci.

Różne kluby sławne, z Trucht Tarchomin Team ja jedyny. 😉

Pomyślcie, jaka wyborna musiała być atmosfera, że nawet taki fanatyk jak Łukasz Klaś nie szarpał się z przodu sprawdzając co piątkę sekund czas na zegarku, tylko luźno charczał wraz z innymi gdzieś w peletonie, dzielnie drogę pożyczoną od Kunów czołówką oświetlając, na korzeniach się potykając i o kiełbasie na mecie marząc. Tak, mili państwo, kilka debiutów zaliczyłem ową gorączką sobotniej nocy.

Aby wrażenia zintesyfikować i formę rozwijać, postanowiliśmy wewnątrz naszej tarchomińskiej grupy, że trening ów jako wprawkę ultra rozegramy. Jola, jako posiadaczka największej liczby punktów ITTRRA (czy jak się one tam zwą) kapitanem zostawszy, pięknie odprawę poprowadziła, mówkę adekwatną palnąwszy.

Jolka ogarnia strategię, jasno i przejrzyście. Niestety, niektórzy zamiast słuchać, robią sobie podśmiechujki. Na efekt nie trzeba było długo czekać. 😁

Ja – zestresowany, skoro ciśniemy ultra, to zaliczam debiut. Niby walczy się w tych wieliszewskich crossingach, ale na tym przełaju pierwszy raz jestem. Zatem znów: debiut. Wskazówka zegara do 21 się zbliża, zorze gasną, de facto noc zapada. Nie startowałem jeszcze w ciemnościach. Debiut. Nawet czołówkę mi pożyczyli (jak to się o żółtodziobów dba) i szkolenia nie poskąpili; jak na łeb nałożyć, jak zdjąć, gdzie nacisnąć i jak czołem poruszać. Same nowości; debiut, noch ein mal.

Ruszamy zgodnie z taktyką przebiegłą, wolno pierwsze pół, by potem luzem kończyć. Arek toruje przez krzon, kombajny milkną ze wstydu chyba. Przewodnikują nam znaki rowerowe, wydobywane z czeluści mroku światłem naszych czołówek. Pełen luz, tylko taki wertep, że co chwila ktoś leży, w głos przyrodę słowem krzepkim chwaląc. Oczywiście, ciekawe prowadzimy dyskursa, które jednak wraz z pokonywanym dystansem i kolejnymi górkami jakoś milkną. Puszcza dyszy symfonią ciemności a my z nią.

Na prawdziwym ultra, nocą, na zmęczeniu muszą być omamy. W końcu trenujemy pod to, według ustaleń. Elementy układanki muszą się zgadzać.

– Patrzcie, sarna!

Faktycznie, siedzi płowa. Kotakt z dziczą kolejny staje się faktem. Z boku na łączce przycupnęła. Po chwili podniosła się, pobiegła z nami i zaszczekała, machając radośnie ogonem. Wspominałem, że od startu mieliśmy za towarzysza pieska?

– Ale wyglądał jak sarna.

– Tak, tak – liczne potwierdzenia.

Słychać trzask gałązki z ostępu. Łoś, ani chybi. Idzie prosto na nas! Zastawiamy piersią dziewczęta. Wyłania się najpierw broda. Żubr? Nie, ktoś z Legionowa.

– Co się gapicie, odlać się nie wolno? – Prawie obrażony dopytuje.

Pewnie, wolno. Tutaj luty bór, łosie i żubrze prawo. Biegniemy z postępującą lekkością i coraz jest ciekawiej. Co ma napisane na plecach śliczna dziewczyna przede mną? „Mam wyjebane”? Światła drgają, trudno wypatrzeć dokładnie. Aaa, już chyba wiem: mam wybielane. Czyścioszka. Ktoś słyszy głos lelka, inny ryk niedźwiedzia. Refleksy błysków na liściach pobudzają fantazję. Patrzę w bok na ziemię.

– Co to, śnieg?

– Nie, kłaki, szczotkowali psa.

Hm, albo czyścili stado psów, albo ten był rekordowo kudłaty. Znowu to coś. Śnieg?

– Może skała? – proponuje głos zza pleców.

Schodzę na bok, przyklękam, wyciągając rękę ku bieli z pewną ostrożnością.

To mech.

Miałem omamy na biegu pierwszy raz w życiu. Który to już debiut dziś?

No wreszcie, clou programu: co to za wyryp hiperultra byłby, na którym nie da się zgubić? Od samego przyjazdu na miejsce gęsto latały śmiszki-chiszki, no tylko się nie zgubcie, ja na pewno zabłądzę, a uważajcie na manowcach. Ha, ha, hi, hi, pękamy ze śmiechu. Bo i fakty: setka ponad człowieków na krótkiej pętli, połowa uczestników zna trasę, czołówki, średnia dzipiesa 1,7 na biegacza (tak! zegarki + telefony), na metostarcie muzyka gra, drogowskazem niebo gwiaździste nad nami a ład moralny w nas. Zgubić się prędzej w piaskownicy można, ha, hi, he, hu.

No jak tu się zgubić? (Fot. Michał Machnacki)

Zaczęło się od parcia na zbiornik wewnętrzny.

– Idę przypudrować nosek – oznajmiwszy, bryknąłem w bok.

– Czy tu męski? – zapytałem grzecznie, omiatając światłem z czoła okolicę.

Milczenie krzewów i drzew uznałem za potwierdzenie; z toalety grzecznie skorzystawszy, na trasę wracam. Arek też bryknął na stronę (tylko na drugą, podglądacz od 7 boleści) a ja gonię grupę. Droga prosto, jak strzelił, już widzę plecy laski, co ma wypłakane. Czemu światełka zatrzymują się? Dociera do mnie, że dawno nie widziałem znaczka na drzewie. Prę ku grupie, lecz oni ku mnie.

Nie.

Tak.

Zabłądziliśmy.

Arka nie ma.

– Moniki też – słyszę z boku szept.

Powiało respektem dla natury. Jest ultra.

– W prawo.

– Nie, w lewo.

– Musimy zawrócić.

– Idziemy prosto.

Siedem osób pochyla się nad telefonami, cztery walczą z zegarkami. Ja patrzę w gwiazdy i jestem tak samo mądry. Nic, cisza nad rzeką Erydan. Polarna miogoce szyderczo. Idziemy w grozie chwili i straszno, ale i lubo nam z tym: odczuwamy ekstremalność i upajamy się nią. Wtem dochodzi do naszych uszu dźwięk jakby stada wilków i jeleni jednocześnie, hałasem natastając. Jeszcze kilka kroków i kończy się rumakowanie dziczą.

Szosa.

Ale fajnie, może o drogę zapytamy i nas podwiozą. Hańba. Zawieszając chwilowo spory o kierunek naparzamy razem wartko. Mijamy tablicę zmiany miejscowości: koniec Skoryszewa, początek Krotoszyna. Albo też początek Skoroszyna a koniec Krotoszewa. Czy mi się wydaje, że wymijający nas kierowca, uprzejmie zwolniwszy, narysował sobie palcem kółko na czole? W tych refleksach świetlnych wszystko takie zwodnicze! Szczęściem droga do lasu w bok, za szlabanem. Brykamy raźno, ale stop. Kogo brakuje? Arka to już dawno nie ma, obejdzie się (ewentualnie na mecie zadzwonimy) ale na dwie koleżanki musimy poczekać, dziewczyny są bardzo stanowcze. Stoimy zatem, hop-hopując co chwila i czołami kółeczka zataczając, aby światełka z dala widoczne były. Dobrze, że żaden kierowca nas nie widzi. Czas mija i podnoszą się głosy, żeby ruszać. Dwie sztuki to statystycznie braki akceptowalne, każdy sąd nas uniewinni. Jest też mowa o ewucji, doborze naturalnym, najsłabszych osobnikach. Tak sobie mruczymy, cierpliwie trwając przecie. W końcu dwie kropelki światła, niczym skierki z mokradeł, zbliżają się.

– Po cholerę tu sterczycie i machacie czołówkami jak głupi?

Z zarośli wyłania się Monika.

– Po co na asfalt się pchacie, skoro lasem droga prosta?

Zachowujemy wyniosłe milczenie, aczkolwiek pada też propozycja: pokłućmy się. Ruszamy żwawo. Za zakrętem omal nie pęknę ze złości: znak jak byk 10km, a na moim zegarku 9,6. U Doroty tak samo. No tośmy ultrasy, tak zabłądziliśmy w ostępach dzikich, że szosą skrót wyszedł. Infamia. Zresztą trakt przed nami jak strzelił, rowerków na drzewach gęsto, ot i muzykę słychać. Przebieramy nóżkami raźno, a ja słyszę z tyłu: gdzie spojrzę, dokoła dżungla. Dobiega zapach kiełbasek, tempo. Wpadamy na metę radośni, bo i odległość nam się zgadza, 12,5 jak w szwajcarskim zegarku. Myśleliśmy, że stawkę zamykamy a tu jak miło: przeszło połowa jeszcze w lesie. Zatem kurteczki, taniec zwycięstwa obyczajny i ciastki, a smalczyki, a musztardki.

Z tyłu już biesiada.

Dźwięki otwieranych puszek wokoło. Wpada Arek i reszta, patrzymy na uśmiechniętych wolontariuszy, organizatorów, Marcelinkę i wszystko się w nas wypogadza. Wolno żreć i pić, a jeszcze losowanie fantów. Pewnie guzik wylosujemy, mruczę jako dyżurny pesymista. Tymczasem kasujemy szampana, zakładkę, tysiaka w monecie sprzed denominy, a ja śliczny pierścionek z kotkami w gustownym puzderku. Wróci na Tarcho, boć biżuterię fundowała nasza Roxi.

Fortuno, czas się oświadczać! Niestety, część kandydatur w Białymstoku, inne muszą mamy spytać, Arek coś z puszki żłopie, a towarzyszka z trasy odwraca się plecami. Nie z niegrzeczności, tylko żeby napis – odpowiedź pokazać: mam na to WYBIEGANE! Ok, na razie pozostaję w stanie wolnym.

Pięknie dziękujemy wszystkim i prosimy o jeszcze. Dla Marcelinki, a przy okazji taka zaprawka do ultra to jest coś. Widzimy się!

My też chcemy mieć na wszystko wybiegane. ☺

 

 

3 thoughts on “Lubię poniedziałki… po nocce naWTC!

  1. Była taka piosenka śpiewana przez pokolenia włóczęgów jeszcze starsze niż nasze 😉:
    „O tych, co poszli dobrym szlakiem, ale w złym kierunku,
    I o tych, co po lesie błądzą wołając „Ratunku”!
    O tych, których kompas skierował na składnicę złomu,
    I o tych, których GOPR sprowadził z wycieczki do domu”.
    Na wejherowskich morenach GOPR Ci nie grozi – będziesz mógł wydłużać trasę do woli 😉

  2. No po prostu piszesz cudnie…..uśmiałam się,zachwycilam wspaniałym,wciagajacym tekstem.Przeżyłam chwilę grozy….a potem znów uśmiałam😍👏😂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *