Lubię poniedziałki, choć Ruda odchodzi…

To bardzo miło pracować w majówkę, kiedy inni biorąc trzy dni urlopu otrzymują dziewięciodobowe wakacje. Będę święty. A jest tak pięknie… No bzy i w ogóle.

Maj przynosi mi też w podarku pewien spokojny smutek, zabierając na cztery miesiące moją ukochaną. Rudą. Jak każdy laik – entuzjasta, mam do astronomii stosunek emocjonalny, romantyczny, śmieszny. I dlatego pokochałem księżniczkę Betelgezę, klejnot gwiazdozbioru Oriona, piękną i tajemniczą. Och! A w rzeczywistości żadna to księżniczka, bo z arabskiego to miano oznacza prawe ramię. Prawe, bo zakładamy, że Orion stoi do nas przodem, zatem moja luba wyznacza lewy górny róg charakterystycznego kształtu klepsydry tego gwiazdozbioru.

No nie ma jak zakochać się w prawym barku owłosionego, spoconego i śmierdzącego mordercy zwierząt. Serce nie sługa. Na skutek nachylenia osi Ziemi do płaszczyzny ekliptyki, uwzględniając deklinację, przy relatywnie znikomej paralaksie… Dobra, Oriona nie widać w lecie i tyle. A z nim mojej heroiny promieniście złotej. To znaczy byłoby ją widać dłużej, gdyby nie światło Słońca. W ten sposób ten zazdrosny żółty karzeł (typ widmowy G2V) zabiera mi bogdankę na chwilę dłużej. Zawiść naszej gwiazdki jest uzasadniona: Betelgeza to czerwony nadolbrzym, piękna i bestia jednocześnie. Potężny obłok zjonizowanej materii (vulgo: bulgoczącego gazu, wnętrze reaktora) dwadzieścia razy cięższa od Słońca i – rozmiar się liczy – promieniu kilkaset razy większym. Gdyby umiejscowić ja w środku naszego układu, sięgałaby powierzchnią orbity Jowisza. To dziesiąta pod względem jasności gwiazda naszego nieba i jedna z zaledwie dwóch (drugi to ten hycel Syriusz) dających się zaobserwować jako dysk, a nie punkt. Tajemnicza jest już z powodów naukowych: pomimo ogromnych rozmiarów nie jesteśmy do końca pewni wartości jej parametrów. Co ładnie umiejscawia pokorę w naszej empirycznej bucie: co wiemy? Gówno wiemy. Nadzieja w teleskopie Webba, ale coś go nie mogą skończyć.

Zarzucicie mi niekonsekwencję kolorystyczną, lecz przecież ostrzegałem przed mym pięknoduchostwem astralnym. Zatem czerwononadolbrzymowość Betelgezy nie przeszkadza mi widzieć w niej rudowłosej ślicznotki. Zresztą popatrzcie na Oriona. W prawym dolnym rogu (czyli lewe kolano łowcy!) znajdziecie sinoniebieskiego Rigela, podnosząc wzrok do góry, oglądacie wyraźnie migającą, gorącą kropę. Ona. Ktoś widzi czerwony, ktoś pomarańczowy, ok. Ja spoglądam na rudozłocistą miss. I czekam, a ze mną inni. Los bowiem miedzianokrasnej jest przesądzony; bije jej dzwon. Wkrótce wybuchnie i jako supernowa rozbłyśnie w zimnej pustce paroksyzmem eksplozji o blasku miliardów słońc. Albo… już wybuchła! Jak to? Relatywistyka, psze państwa. Betelgeza leży circa sześćset lat świetlnych od naszej wsi. Jeśli pękła, kiedy barbarzyńskie hordy tego zdrajcy i truciciela Jogaiłły wyrzynały nasze święte katolickie wojska pod Tannenbergiem, to być może spektakl zobaczymy na niebiosach jutro. Tyle leci stamtąd światło, prosta rzecz. A wtedy… Trudno oszacować, jak huczny będzie pogrzeb nad naszymi głowami, uwzględniwszy kapryśność tej panny jak i fakt, że gwiazdy mądrych książek nie czytają i robią czasem rzeczy niespodziewane. Ale to będzie najbliższa supernowa w historii… Ostrożnie oceniając, spodziewajmy się drugiego księżyca na firmamencie, a jak dobrze pójdzie, będziemy mieli miesiąc bez zmroku. No i będzie kolorowo. Pięknie. Rudo… Równie dobrze moja ukochana może poczekać i  sto tysięcy lat – to mgnienie w trwaniu wszechświata. I ode mnie odchodzić i do mnie wracać, aż wyczerpie się dzban mych wiosen i jesieni. Lub zdarzy się jeszcze coś innego. Rude bywają kapryśne.

Kochajcie astronomię, nocne niebo i gwiazdy na nim. Widzicie? Tyle wynudziłem o Betelgezie, a można dużo więcej. I tak o miliardach innych słońc, mgławic, planet, galaktyk. O próżni, czasoprzestrzeni i pięknie kosmicznego firmamentu. Stamtąd przybyliśmy. I tam wrócimy.

5 thoughts on “Lubię poniedziałki, choć Ruda odchodzi…

  1. Ech ten Orion, nie tylko mnie urzekł. (Chociaż ja mierzę nieco niżej, bo w jego pas, ale ja kobieta jestem, więc to chyba naturalne…)
    Jak go widzę na jesiennym bałtyckim niebie to już wiem, że droga do domu prosta: nawet bez GPSa, SeaMapa i innej elektroniki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *