Łokciem wsparte poniedziałki lubię…

Albowiem… to bardzo ważna część ciała. Zbyt często niedoceniana przez okrutny świat, zadowalający się stereotypami, ot: głowa (omnibusy), serce (zakochani romantycznie, oni istnieją), nogi (biegacze), dupa (wszyscy). Ale łokieć jakiśtam? I oglądnąć go niewygodnie (sprawdźcie), i estetyka, powiedzmy, niespecjalnie ponętna. Zrogowaciała skóra oblekająca wyrostek (fuj) dziobiasty (mdło, że wywijasy od dwunastnicy po wątrobę). Jakże takie dziadostwo w poezję ubrać? Spróbujmy, w imię rzetelności empirycznej.

„Przechodząca kobieta przeszyła przestrzeń swoją urodą, przykuwając jego uwagę tak mocno, tak punktowo, że aż boleśnie: łokciami. Dwa nieziemskie, poruszające się niczym świetliki w półmroku, cudowne zawiasy zatrzęsły jego duszą. Niczym pulsująca para tanecznych zwiewności, plamki rozjaśniające ciemność między barkami a dłońmi, które pełniły tutaj rolę drugiego planu dla głównych aktorów: łokci. Boskich, anielskich, wichrzących krew słodkim pożarem pożądania: musiał je zdobyć. Uświadomił sobie, że wcale nie był pewien, czy minął kobietę. Nieważne! Liczyły się tylko łokcie…”

No proszę Was. Kabaret. Jednakowoż nie skreślajmy ich ostatecznie; przyjrzawszy się kwestyi z pewnej perspektywy, odkryjemy warte uwagi konotacje.

Pomimo rzeczonej wyżej prozaiczności, łokieć pisze swoją kartę w stosunkach damsko-męskich. Rzeczemy wszakże: wziął ją pod łokieć; w wyrażeniu tym zawiera się pełny obraz zażyłości, vulgo: każdy czuje, ło co biego. Spieszę zapewnić o sekspoprawności: wolno i jej jego pod łokieć pobrać, a i inne koniugacje mile widziane. Pamiętajcie tylko, iż gest ten domaga się subtelności niebylejakiej: dbajmyż, aby za ów zawias biorąc, własną dłonią luby ryja sobie nie obił. Capnięcie takie kunsztu uwodzicielskiego potrzebuje; ostrożniutko, dwa cale od boku, w kończyny górnej wymachu tylnym – łaps. I mrowie gotowe wzdłuż kręgosłupa w dół albo i niżej. Łatwe?

Umiejętność rozpychania się łokciami przydaje się w życiu, zaiste. Owszem, słyszę już szmer oburzonych świętocnotliwości: jakie to prymitywne. Nie, skąd, my, w ogóle kulturą i cnotą naprzód postępujemy, rozpychaniem się brzydząc.

Akurat.

Kto w życiu z łokcia nie odwinął, niech pierwszy śmiga kamolem. Jakoś nie widzę. Krygujmyż się, przyznając niechętnie: każdy umiejący dobrze łapami w pozycji bocznej wysuniętej się rozpychać, często sukcesy zbiera. Taki świat nam dany, o klimacie nie wspominając.

W sporcie ta część organizmu niezaprzeczalne ma znaczenie. Męczennicy, okrutnego losu zrządzeniem na naukę pływania do mnie przeznaczeni, budzą się wśród nocy z krzykiem przerażenia: zakładaj łokieć wyżej!

Łokieć wyżej! 🙂

W sztukach walki: spróbujmy no nie pamiętać wyprowadzają cios o bliskim ciała ręki trzymaniu – długo nie pociągniemy.  W narciarstwie pilnuj pilnie kąta odpowiedniego, co daje piękną i skuteczną pozycję: na misia. A biegacze to już wo, wo, wo w ogóle się rumienią: który trener z pozycji łokcia zadowolon?

A jak Wam mało, to ćwiczenie polecane wszystkim: plank na łokciach., tyłem, boczkiem, do koloru, zachęcam.

Zimny łokieć – w nim kryje się bogactwo stylistyki. Może być pod- jak i nadlusterkowy. Fantastycznie zastępuje kierunkowskaz.

Pozwala nawiązać dialog niewerbalny  z innymi użytkownikami dróg; szczególnie cenionym frazesem jest tu poza dłoni ze zwiniętymi czterema palcami: przesłanie miłości po prostu. Pięknie wypada duet: prowadzący plus wicekierowca, każdy ze swego boczku. Jeszcze wspanialszy efekt daje kwartet synchro: i skrzydłowi z tyłu mają swoje pięć minut. Siedzący w środku musi wznieść oczy ku górze w proszalnej modlitwie o szyberdach.

Szlachetne to słowo stało się w wielu językach i krajach miarą odległości. Brzmi intuicyjnie, od razu wiadomo, ile wyliczyć. I tak weszło na karty naszej burzliwej historii, użyczając swego miana jednemu z naszych… największych królów. Łokietek to był gość, mówię Wam. A że syn mu się na zboczeńca wychował, niezbadane wyroki losu. Tylko czemu to jego Wielkim zwą? Ech…

Oczywiście, złośliwi ową sympatię do króla Władysława jako solidarność kurdupli mi policzą. Nie przeczę; mocną zbudowana więź osobowości duchem wielkich. A dwa i pół czy trzy łokcie głowa od gleby, mniejsza. Niech drągalom pójdzie na zdrowie.

Jeszcze o geście Kozakiewicza wspomnijmy; nierzadko za cały komentarz do sytuacji życiowych najlepiej służy pokazanie, gdzie się zgina dziób pingwina…

Przyznaję jednak chętnie, iż uwielbiam w pierwszy dzień tygodnia wesprzeć się łokciami na parapecie i gapić przez okno. Ot, kiedy poniższe czytacie, właśnie to czynię; do wtorku od pracy wolne (bo, do cholery, w weekend miałem dyżur). Deszczyk kapie, ludzie i pojazdy tłoczą się poniżej, a ja tkwię ze wzrokiem utkwionym w dal. Nie bezmyślnie, Boże broń! Dystansuję się, relaksuję, sił nabieram i podlewam rosą wyobraźni kiełkujące pomysły: o jakiej części ciała następnym razem? A może czytelnicy jakieś życzenia żywią w tej materii? Lubię poniedziałki…

Rozmaite obiekty mogą znaleźć użycie: kozikiem człeka idzie zaharatać, ale i Galateę wyrzeźbić. Szerokim wachlarzem zastosowań chwalą się i łokcie. Działajmy nimi gdzie trzeba, pamiętając, że często pozornie mizerne rzeczy okazują się kluczem do osiągnięć wielkich. Niekoniecznie więc pejoratywne musi być stwierdzenie:

osiągnąłem to dzięki łokciom.

 

Łukasz Klaś

1 thought on “Łokciem wsparte poniedziałki lubię…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *