Zając.

Zostałem zaproszony do roli zająca na 28. Biegu Powstania Warszawskiego. Chwała, że hej. Sami się zgłosili, aż mnie się uszy od razu, adekwatnie do roli, znacznie wydłużyły z radości. Zaszczyt tym większy, że wydarzenie organizuje mój nowy pracodawca – Aktywna Warszawa; podmiot trwale dbający, aby mieszkańcy stolicy (+przyjezdni) regularnie ruszali tyłki z kanap. A tu cel honorowym i jakże szlachetnym się rysuje, dodatkowo wpisując się w obchody roku setnego odzyskania niepodległości. Niechże i ja cegiełkę dołożę. 27 minut, sekund 30 potrwa posługa ma.

Świetnym przeżyciem jest odbieranie pakietu w biurach pracodawcy; miejsce, do którego wchodząc zwykle miotasz się pomiędzy rozpaczą, a nadzieją: wylotka – pochwała – nagana – szkolenie – podwyżka (akurat) – podpisanie klauzuli o zaznajomieniu się z rozporządzeniem o klauzuli. A wręczenie numeru i niezbędnych gadżetów rysuje się samą przyjemnością i to bez kolejki. Chciałoby się tak zawsze i wszędzie. Koszulki zaprojektowano w tej edycji starannie, estetyka przez duże „E”. A baloniki? Otrzymamy przed startem, bo ulotne. Racyją jest. Jeszcze jakiś zając bumelant pobrawszy wypełnione helem cudeńka ulotniłby się gdzieś w dali.

Dzień ów nadszedł, podążamy na start. Towarzyszy mi Agnieszka, biorąc trud pejsmejkerowski częściowo na swoje barki, redukując mój stres przynajmniej o połowę. Naturalnie, nie pierwszy raz poszuram butami w roli dyktowacza tempa, niemniej w tym biegu, rozmachem wzbudzającym respekt, debiutuję. Trzymam się kurczowo za rękę mojej opoki mentalnej, wypatrując specjalnie dla uczestników podstawionego autobusu, który zawiezie nas na Stegny. To wyjątkowa lokalizacja, wymuszona niejako; wszelako pozwoliła wyznaczyć trasę obiecującą dobre wyniki! A za rok wracamy w tradycyjne miejsca. Nadjeżdża nasz transport; błyskając porozumiewawczo światłami, otwiera gościnnie drzwi. Spokojnie i z godnością obserwowaną tylko w stolicy zajmujemy miejsca i wcale nie stoimy ściśnięci jak śledzie; jak sardynki co najwyżej. Nikt rzecz jasna nie narzeka, humory dopisują; jakżeby mogło być inaczej, kiedy życzliwie wspierają cię cztery łokcie wbite wzdłuż kręgosłupa równo od rzyci po kark, a wątrobę masz rozsmarowaną starannie na numerze startowym. Jak potrafią szoferować kierowcy warszawscy opisał mistrzowsko Tyrmand w „Złym”, zatem dodam tylko, że trafiliśmy na prawdziwego wirtuoza. No i rozmowy. Wyobrażacie sobie bogactwo tematyki, kiedy stu siedemdziesięciu ośmiu biegaczy może przez kilkanaście minut ruszać tylko ustami? Jakie tempo planujesz – tylko nie biegnij za zającem, oni zawsze nawalą – ale upał – jak dobrze, że się ochłodziło – piękne koszulki w tym roku – fatalne koszulki w tym roku – to jakie tempo – życiówka, życiówki, życiówką – szybka trasa, nie ma co – fatalna trasa – czy ktoś ma agrafkę zapasową – życiówka, życiówka – ja biegnę treningowo – chce mi się siku – może mi pan cyknąć fotę – chyba oczami – jak te nowe buty – ja ostrożnie, bo po kontuzji – czy na mecie będą żółte banany? – nie, fioletowe arbuzy – życiówka, życiówką – nie wiecie, kto jest zającem na 27:30? – mam nadzieję, że dziewczyna, bo faceci to nic nie umią – gdzie robimy zdjęcie przed startem – co się tak pchasz – a jak mam się pchać – życiówka, życiówka…

Wreszcie austobus z fasonem zawija na pętlę Stegny i wypluwamy się na bruk. Zaraz, gdzie my się znajdujemy? Kiedy mieszkańcy miasta, w którym Pole Mokotowskie leży na Ochocie, a zajezdnia Żoliborz na Bielanach zorientują się, że na ten przykład pętla Stegny nie oznacza toru Stegny? Niemniej nauczka na przyszłość: trza było na mapnik zerknąć wpierw. – Biegnij! Sprzedaje mi kopa na fart Agnieszka, zatem ruszam przed siebie kurzgalopkiem, modląc się w duchu o cierpliwość szefów zarządzających długouchym stadem. Docieram w ostatniej chwili, dozgonną wdzięczność dziewczynie z info obiecując: widząc szaleństwo w moich oczach aż wyskoczyła z namiotu i sprytny skrót pokazała, dupsko me ratując. Wpadam w ostatniej chwili, miłosierdzia w oczach bossa wypatrując: szczęściem wybaczono mi, gustowną kamizelkę koloru landryn-żarówa i dwa piękne baloniki wręczając. Niemieję z zachwytu: w kształcie serduszek, czyżby wpływy mego ukochanego klubu co tylko dla kobiet jest tak daleko sięgały? Nie załapałem się tylko na wspólne zdjęcie, przez co zyskuje ono na estetyce.

Przedzieramy się powoli parami, każda do właściwej strefy. Po drodze dziesiątki znajomych pozdrawiają wesoło, przybijając piątki, co wymaga niejakiej ekwilibrystyki: bo to w jednej dłoni baloniki, w drugiej butelka, w trzeciej kamizelka. Docieramy na miejsce i próbuję, w całym znaczeniu tego słowa, jakoś się ogarnąć. Szczęściem wspiera mnie życzliwie i fachowo kilkanaście osób; czuję się wręcz gwiazdą – patrzcie, jak szybko w rolę się wchodzi. Okazuje się czarno na białym, że baloniki najlepiej przypiąć:

— do czapeczki

— do lewego ramienia

— do prawego ramienia

— agrafką

— do tyłu kamizelki

— do numeru startowego

— spinką

— spinaczem biurowym

— do gumki kamizelki

— do opaski powstańczej

— do kotyliona

— do buta (hit)

Ktoś proponuje życzliwie, abym trzymał w zębach, na co jednak słyszy, że wtedy zając mógłby oddychać tylko nosem, a widać, że przy takim tempie złapie zadyszkę. Kocham. Przybywa wybawienie moje: Agnieszka od razu wszystko porządkuje, a wokół robi się wyraźnie luźniej, zwłaszcza dziewczyn jakby mniej. Kamizelka, baloniki, opaska, kotylion lądują na swoim miejscu i możemy już w pełni spokoju chłonąć oczekiwanie na start.

Cieszy mnie znakomita frekwencja na biegach historycznych. Powinniśmy kultywować pamięć o ważnych wydarzeniach, najlepiej abstrahując od polityki. A bohaterom – wieczna cześć i chwała.

 

Coraz mniej żyjących bohaterów tamtych dni. Jak co roku, zaszczycili nas swoją obecnością.

Razem z moim partnerem Piotrem ustalamy szczegóły taktyki biegu. Będzie dobrze. Uroczyście wypada odśpiewanie Roty i w końcu start. Powoli przesuwamy się z naszą strefą, próbując wyrobić sobie mały bufor przestrzeni przed nami. Czuję wręcz oczekiwania tych kilkudziesięciu osób za plecami. Wreszcie przekraczamy magiczną linię pod dmuchaną bramką; kilkadziesiąt zegarków robi na raz: klik i ruszamy.

Zającowanie to najłatwiejsza rzecz na świecie! Od początku musimy poruszać się slalomem: wzruszająca jest wiara ludzi w swoje umiejętności i ustawianie się półtorej strefy wprzód. Głównym wysiłkiem staje się okrzykiwanie: prosimy o drogę! grupa! lewa! dziękujemy! Sporo biegnących ma zakorkowane uszy słuchawkami, co tworzy urocze urozmaicenie, lecz kontaktu nie ułatwia. Nasza grupa spisuje się jednak najdzielniej ze wszystkich i to z uśmiechami na buziach. Kontrolujemy czas, przesyłając w myślach wiązankami pozdrowienia dla producentów zegarków gps. Oj zadbali o to, abyśmy się nie znużyli: u mnie 5:20, u Agnieszki 5:40. I tak w koło miedzy. Czujność! – to hasło i pryncypium zajęcze…

Trasa zorganizowana wzorowo: znaczniki równiutko co kilometr wesoło powiewają, trzymamy rozkład tempa, że hej. Udaję, że nie słyszę mruczeń z tyłu na temat długości wstążek od baloników. Jednym za długie, obijają pyski; drugim za krótkie, nie widzą. Kibice dodają otuchy z boku, gdzieniegdzie kapela gra. Pod stopami przesuwa się asfalt jakości warszawskiej, ba! – mokotowskiej. Pogoda w wersji raczej tropiki, niemniej bez przesady: burzy ani upału nie notujemy. No może upalik, niech będzie słabnącym na wytłumaczenie. Zresztą w autobusie jeszcze ktoś wyjaśniał, że to wpływ zaćmienia księżyca w pobliżu Marsa. Hm, to się nazywa determinizm. A poza tym rozstawiono kurtyny wodne – zbawienie dla wielu.

Tymczasem biegniemy, nie umieramy. Sapiących przybywa, ale wszyscy walczą. Życzliwie stado galopuje; uśmiechamy się do siebie, choć z trudem. Głośno zachęcamy do wysiłku: ostatni kilometr, dwieście metrów i na finiszowej prostej rozbiegamy się, wrzaskiem zachęcając do ostatniego wysiłku. Brawo! 27:30 złamane przez wielu rzężących, ale szczęśliwych i dumnych biegaczy. Dziękujemy, gratulujemy. W korytarzu za metą spotykamy porządek i życzliwość. Na szyjach lądują piękne medale, spragnionym izo, zgłodniałym banan żółty się dostaje. Tradycyjnie rozdaję wszystko dzieciakom; jedna mama od razu na baloniki się czaiła. Przy depozycie dostajemy swoje wory w mig: znajduje się czas na spokojne zdjęcie z młodymi mundurowcami.

A w namiocie zajęczym miła niespodzianka: koperta. Dawno się tak nie zdziwiłem, jak zaglądnąwszy do środka. I kamizeleczkę na pamiątkę zostawili.

W świetnych nastrojach wracamy do domów.

Wrócimy za rok.

 

 

2 thoughts on “Zając.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *