Dwadzieścia jeden.

Wybraliśmy się na trening pobiegać po słynnej górce, położonej tuż za miastem. Nasza metropolia jest płaska jak stół, stąd wszystko, co choć trochę zasłania horyzont, uznajemy za góry. Tutaj mamy oznaczoną trasę, na której czeka siedem podbiegów. Dystans pokonujemy trzykrotnie, stąd czeka nas dwadzieście jeden wspinaczek. Wspinaczek! Koń by się uśmiał, patrząc na ten wzgórek, mający w porywach kilkanaście metrów wysokości. Liczba powtórzeń pozwoli jednak zaliczyć może i 300 metrów różnicy wzniesień, co brzmi dobrze, a jeszcze lepiej wygląda na facebooku.
Ruszamy.

Pierwszy podbieg mija niezauważalnie. Już stoję na tym szczyciku i luźno zsuwam się w dół. Lekkość.

Drugi prowadzi malowniczą ścieżką wśród drzew, trzeba trochę ciało powyginać, stąd mała trudność, no bo skąd?

Na trzecim zakopuję się w piasku. A to ci buksowanie fundują! Aż musiałem kilka kroków marszem uczynić. W dół też się trochę zakopałem.

Czwarty jest bardzo krótki, więc trochę stromszy, co skutkuje lekką zadyszką, lecz lekką, lekką.

Na piątym patrzcie no państwo! Ten zegarek szwankuje, a może to pasek HR nawala? Przecież niemożliwe, żebym już miał tętno 170!

Na szóstym plątanina korzeni zmusza do zwolnienia kroku. Bezpieczeństwo najważniejsze. W dół też trzeba uważać.

Siódma wspinaczka łagodna, więc dłuższa, co skutkuje lekką zadyszką. No, lekką!

Przy ósmym zrywa się wiatr. Wieje w twarz nie na żarty. Ciężko w ogóle się posuwać do przodu.

Na dziewiątym ponownie zawodzi pomiar tętna: niemożliwe, żeby 190!
Podczas dziesiątego podbiegu wychodzi słońce i ten żar jest nie do zniesienia. Nawet na tak niewielkiej górce płuca ciężko pracują.

Na jedenastym spotykamy jakiś spacerowiczów, idących całą szerokością ścieżki. Trzeba było znów przejść do marszu.

Przy dwunastej hopce zaczyna mnie kłuć w łydce. Zwalniam, bo zdrowie najważniejsze.

Trzynastka, wiadomo, pechowa. Coś sznurówka się poluzowała, stanąłem, poprawiłem. Drugą też, na wszelki wypadek.

Czternasta górka kończy drugie okrążenie, więc już sporo w nogach mamy. Wcale nie jest tak łagodnie.
Przy piętnastej kolega boleśnie kopnął mnie w stopę. On twierdzi, że to ja jego i musimy się zatrzymać, aby sprawę wyjaśnić.

Szesnasty podbieg: wpadł mi kamień do buta. Ach, te przymusowe przerwy, wybijają z rytmu.

Na siedemnastym mam problem z wyciągnięciem bidonu. Ojej, zostało tylko kilka kropel wody. Trzeba dostosować tempo do zaistniałej sytuacji.

Osiemnasta górka i nagle dylemat: w prawo czy lewo? Chyba ktoś przekręcił złośliwie strzałkę. Przymusowy postój dla wyjaśnienia sytuacji.

Dziewiętnasty podbieg zbiera wszystko, co najgorsze: piach, korzenie, wiatr, łydka i co jeszcze. Cud, że wdrapałem się na górę.

Dwudziestego nie pamiętam.
Dwudziesty pierwszy podbieg, ostatni. Ktoś krzyczy, że można na koniec przyspieszyć.

Bardzo głupi zwyczaj.

***
Łukasz Klaś

4 thoughts on “Dwadzieścia jeden.

  1. Te, te, a gdzie Wy mi się tam szwenďacie po jakichś pechowych górkach? 😂😂😂 Dobrze że Cię kolega w piszczel nie kopnął. Uważajta tam na te górki.

    Pozdrawiam Was serdecznie 🙂 tekst superowy

Pozostaw odpowiedź Łukasz Klaś Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *