Samotność.

Dzisiaj te słowa brytyjskiej pisarki brzmią szczególnie…

***

Pojedynczość na morzu ofiarowała niczym (prawie) nieskrępowane poczucie wolności, pozwalając na izolację, niemal doskonałą. Kiedy tylko ostatnie pasemko lądu zniknęło za horyzontem, zostawałam sama (plus łódź) na wielkiej równinie. Widnokrąg ustanawiał mnie w doskonałym owalu, równo wymierzonym w każdym z kierunków. Taki przestrzenny egalitaryzm smakował doskonale, dodany do słonego wiatru, gorzkiej morskiej piany i głosu fal. Wszystko pierścieniem było jednakie, ani wskazując, ani pomagając myślom w swobodnej gonitwie. Tę przestrzeń musiałam sama wypełnić treścią, aby nie stracić godzin poświęconych oceanowi. Wysiłek samotnej żeglarki stanowił za mały owoc dla innych; a przecież stawiałam sobie za cel dawać z siebie więcej i więcej. Pozwalałam sobie w tej pustce na dłuższą chwilę odprężenia ducha i puszczenia wolno myśli, by później skupić się na zadaniu. Wypływając z portu, określałam konkretną kwestię do przemyślenia i ta sprawa musiała – musiała!!! – być zrobiona na eskapadzie. Sama zdumiewałam się, jaki obfity przynosiło to efekt. To właśnie morze przyniosło na skrzydłach grzywaczy pomysł na fabułę mojej pierwszej powieści; uważni znaleźli ów słony ślad w imieniu bohaterki. Widnokrąg był łaskawym źródłem weny i poruszenia wyobraźni; czułam dla niego wręcz personalną wdzięczność, niby dla istoty obdarzonej konkretną duchowością. Kiedy zadowolona z myślowej akrobatyki wracałam do portu, pozwalałam sobie znów na chwilę odprężenia. Czasem ów stan przeobrażał się wręcz w medytację, po cichu kusząc, do przedłużenia chwil i trwania tak, tkwienia tak, brania tak, jeszcze i jeszcze.

***

Pojedynczość w górach wyznacza ścieżkę ku szczytom. Naturalne dla mnie jest, że stając przed czymś wyższym, chcę na to wejść. Z ciekawości i z chęci zdobywania. Sama góra mówi do mnie: z mego wierzchołka widać więcej. I wysiłek wspinaczki zawsze wart jest celu. Choćby okazał się nim tylko i aż widok kłębiących się poniżej mgieł. Rozumiem bez cienia wątpliwości, czemu wschodni mędrcy medytują na wzniesieniach o świcie.

Brzask niesamowicie upiększa góry, lecz nawet on, przy lepkich oczach i ziewających ustach, nie zapewni samotności. No cóż, nie sposób sprawdzić, czy na wybranym szlaku nie pojawi się inny człowiek. Trudno, jego prawo. Nawet tutaj, na surowych wierchach północy, owianych przez wiatry zrodzone gdzieś hen, na Orkadach i Szetlandach, trafiają się wędrowcy. Rzadko to bywa, lecz zawsze istnieje taka możliwość. Lepiej przygotować myśl na to zawczasu, niż dławić złość w gardle, pozdrawiając jednocześnie napotkanych. Na morzu to co innego: rozglądając się raz na jakiś czas, widzisz łódź na horyzoncie i omijasz bez trudu, zmieniając kurs. Góry są w jakiś sposób ludniejsze.

Spacerując po perciach nad urwiskami, odczuwam także pewną samolubność takiej włóczęgi. Ot, chciałoby się być jakimś kurierem, dzierżącym wiadomości sekretne. Lub chociażby kontrabandę, jeśliby miała komuś choć chwilę szczęścia przynieść. Albo, już dziecięco całkiem, zamienić się w dziewuszkę z bajki, lekarstwo dla chorych krewnych niosącą. W czasie długiej drogi różne myśli nachodzą; starasz się je strzepywać uśmiechem, że nieracjonalne, lecz i tak trochę uwierają, gniotą, drażnią jak wiórek na karku pod kołnierzem. I muszę się, tak wspinając sama, po duszy podrapać.

W górach szukam chwili bycia nad; i dosłownie, patrząc w dół na świat poniżej, i ogólnie, jak łatwiej się troskom, radościom i planom z tej perspektywy przyjrzeć. Nie nakładam konkretnego celu dla tych moich małych wypraw. Wyniosłości, skały i hale nie domagają się tego ode mnie, maleńkiej. Jak stwierdził słusznie ten alpinista: góra jest – i to wystarczający powód, by na nią wejść.

Lecz kiedy już stoisz na czubku swoboda aż krzyczy, bucha, rwie lotem w przestrzeń. Wolność tu jest.

***

Pojedynczość w lesie mocniej się odczuwa. Potęguje ją wielość drzew. Każde wyrosłe na glebie północnej, surowej, trudnej, kryje we wnętrzu historię. Szumi opowieść listowiem na gałęziach ku niebu, lub milczy pniem grubym, ciemnym, okorzonym; trzewiami przetrawia. Patrzę na drzewa okiem sąsiadki, uczestniczki – nie tylko, że żywe są, lecz mają indywidualność każdą, swoją, osobistą. Mają dusze.

Tutaj zawsze się coś dzieje i nawet w miesiącach trudnych, popaździernikowych, bór żyje i pulsuje. Co dopiero wiosną! Lecz spokój także znajduję, słuchając harmonii dźwięków, patrząc na życie pradawne i nowe zarazem. Kocham stare, wielkie dęby i jodły, buki i modrzewie, lecz zawstydza mnie trochę to uczucie, albowiem zawiera w sobie naiwność, prymitywizm nawet, podziwu dla czegoś, co wielkie gabarytem. Ja, egoistka podła – wszak liczę sobie ponad 180 centymetrów wzrostu – dumna ze swych smukłych, modelkowatych nóg. (Najgorsze, co może pisząca kobieta zrobić, to zachwycać się nas swoją urodą). Przywołuję się do porządku, znajdując zachwyt nad kiełkującą, chwiejną roślinką. Ona potrzebuje uwagi tak samo jak drapiąca obłoki jodła. I tutaj galopuję myślami, aby uchwycić ten wątek i rozwijam go z kłębków wyobraźni, wyszywam na palecie kanwy i wplatam, wplatam w moją bohaterkę dalej i dalej… Nad tym jednym kiełkiem pół książki bez mała powstało.

A ten las, co już z uśmiechem pozwalam sobie przyznać, zaprasza mnie zawsze wygodą – bo do morza i gór jednak dalej, a tu wystarczy wyjść za próg; wchodzę między drzewa i polany słysząc brzęczący jeszcze w powietrzu trzask zamykanych drzwi.

***

Pojedynczość przy biurku jest najtrudniejsza, ale lubię ją. Tutaj każda chwila lenistwa i przestoju zdradza słabość. Co innego na zewnątrz, w ruchu, na moich wyprawach; tam przez moment możesz tylko podążać, poruszać się, pilnować żagla, szlaku czy choćby drobnej fali, by ci skarpetek nie zamoczyła. Głowa może odpocząć bez wyrzutów sumienia. Na wygodnym stołku nie istnieją wymówki.

Praca! Pisanie, które często wydaje się bezcelowym drążeniem rzeczywistości, daje potężne poczucie wolności. Pod moim piórem ja sama decyduję, co powstanie, w jakim kierunku podąży myśl. Pełen niespodzianek spogląda na mnie czysty arkusz papieru. Na gładkiej i pustej przestrzeni kłębią się możliwości i tylko ode mnie zależy, czy powołam je do kształtu. Sama zawsze płonę z ciekawości jak każde – każde! – usadowienie za tym meblem się skończy. Często zaczynam z gotowym planem, lub chociażby jakimś zarysem, a kończę w miejscu zupełnie niespodzianym! To fascynujące, jak zaskakuję samą siebie. A co potem jeszcze wyobraźnia czytelników doda, to już zupełna magia przyszłości.

Do tego potrzebuję tych wszystkich chwil samotności, nazwaną na moje potrzeby tak trochę przekornie.

Pojedynczością.

***

Alexis Newgee

6 thoughts on “Samotność.

  1. Ładne i wcale nie smutne. Wracają mi wspomnienia z tripu połnocnej Szkocji. Hej, jak tam jest pięknie! Wszędzie te surowe klimaty są, a ocean niesamowity. Czy każdemu się spodoba to nie wiem, ale to na pewno dobre miejsce na pobycie samemu. ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *