Przełamywanie lodu.

Zbieraliśmy się w naszym stałym miejscu przy monumencie powoli. Jakoś tak dziwnie wyglądają wszyscy bez ciuszków biegowych. Dziś zanurzamy się w chłód wód: morsowanie! Na samą myśl wyskakuje gęsia skórka i trema zżera odwagę mlaskając.

-Cześć! – Mruknął na powitanie Marek. – Już mi zimno, brrr. Zapomniałem karimaty. To znaczy karimaty na pewno zapomniałem, możliwe, że nie wziąłem jeszcze czegoś.

Wszyscy zaczęli gorączkowo sprawdzać, czy czegoś ważnego nie zostawili w domu. Usiłowaliśmy przypomnieć sobie szczegóły listy wyrecytowanej ostatnio przez hrabinę. Kurczę, trzeba było zapisać.

-Mam termometr – pochwalił się Michał, zwany Grubym, choć ostatnio robił się coraz chudszy.

Zamarliśmy.

-Z gorączką nie powinieneś morsować! Możesz umrzeć na zapalenie płuc i okostnej!

Misiu popatrzył na nas z niesmakiem.

-To termometr do zmierzenia temperatury wody, jakby nam ktoś nie wierzył.

-E, do wody to trzeba chyba taki specjalny.

-To jest specjalny – oświadczył z naciskiem właściciel przyrządu – ma atest Centralnego Instytutu Prognozowania Klimatyczych Anomalii…

Fajny skrót, swoją drogą. Ale zdaje się nikt nie zwrócił uwagi.

-Na jakim targu go kupiłeś? – Chciał wiedzieć Ultras. – Na pewno lipa, wciskają ludziom byle co.

-Masz lepszy?

-A pewno! Mam termometr w smartfonie.

-Twoją komórę można wkładać do wody?

-No, nie można.

-To faktycznie nam się przyda…

Nie mogliśmy sobie przypomnieć szczegółów wyposażenia obowiązkowego. Każdego dręczyło uczucie, że zapomniał czegoś ważnego. Tymczasem przygalopował Tadek.

-Spóźniłem się, przepraszam – sapał – tych rzeczy do zabrania strasznie dużo. Wolałem wziąć więcej, żeby czegoś nie zabrakło. Mam dwie karimaty…

-Normalnie kocham cię – wyrwało się Markowi – pożyczysz?

-Masz, ale kochaj sobie dziewczyny lepiej…

-No tylko się tak mówi bratersko.

-Rzecz jasna, nie wszystkiego wziąłem dwie pary – kontynuował Tadeusz – kąpielówki mam jedne.

-O gówno – wymsknęło się tym razem Ultrasowi – niech to szlag!

Najpierw sprawdziliśmy, czy mamy swoje stroje kąpielowe, a potem zaczęliśmy pocieszać pechowca. Zawiązała się diatryba, czy lepiej, żeby zamorsował w zwykłych gatkach, a wracał bez, czy odwrotnie.

-Zaprawdę powiadam ci, bez gatek staniesz się ultramorsem. Jeśli się wstydasz, odwrócimy się na chwilę przy wchodzeniu do wody.

-Jeśli potem będziesz się chciał wysikać, pożyczymy ci pensetę.

-I lupę.

-Bądź twardy…

Nadciągnęła imć Szczydoniecka. Z miejsca musiała odpowiedzieć na grad pytań.

-Cichajcie! -Machała rękami hrabina. -Wymienię wszystko, słuchać, milczeć, sprawdzać.

Od razu zapadło skupione milczenie. Wymienienie pozycji listy trwało chwilę. Odetchnęliśmy z ulgą. Zapomnieliśmy jednej pary klapek, karimaty, dużego ręcznika, dwóch małych ręczników, kąpielówek, trzech par rękawiczek, czapki i pół termosu. Pół, bo mój na 250 mililitrów tak mi właśnie policzyli. Za 1/2, nieużytki, prześmiewcy.

Mieliśmy jednak także nadwyżki w ekwipunku. Zapobiegliwość to nasze drugie imię! Szczęśliwcy dzielili się z zapominalskimi; wzruszony Ultras czule przyciskał do piersi stare biegowe szorty Grubego. Przynajmniej ma pewność, że się zmieści.

Pozostało czekać na Władka Wymiatacza, który zabezpieczał transport.

Władek posiada duże auto, z trzema rzędami foteli. Twierdzi, że tak jest ekologicznie, czule zwąc maszynę autobusem. Jeśli autobus zabiera dziewięć osób, faktycznie za dwa samochody robi. Transport zbiorowy nieomal. Inna rzecz, że jakbyście zobaczyli to monstrum, to ostatnia rzecz która by wam przyszła do głowy, to ekologia.

Asia wpatrywała się w kotwicę, stanowiącą główny motyw pomnika pamiątkowego Ligi Morskiej i Rzecznej. To nasz punkt zbiórek.

-Z wodą kojarzy się oczywiście. I jeszcze zimną, bo na dnie.

-Nie, najzimniejsza jest na górze.

Wybuchła sprzeczka, a argumenty fruwały niczym fajerwerki sylwestrowe.

Wychodzi na to, że jegomość Immanuel Kant miał rację: racjonalne argumenty zawodzą. Logikę formalną można sobie w tyłek co najwyżej wsadzić. A empiryczne obserwacje też wypadają nie lepiej.

Przecież ciepłe unosi się do góry. Jak co ciepłe, to i rzadkie, zatem też idzie wzwyż. I jeziora zamarzają na górze chyba? Z drugiej strony, im bliżej środka Ziemi, tym cieplej. Stąd górnicy bez koszul chodzą. I zima też nastaje nad wodą, a nie pod nią? Poza tym przy powierzchni woda bardziej się rusza – wiatr, ptaki, deszcz. A ruch to ciepło. Coś tam nam świtało o lodzie dennym. I że ma taką fajną nazwę.

Cholerka, gdzie woda jest najzimniejsza?

Nadjechał autobus Wymiatacza. Władek wysiadł w towarzystwie miłej dziewczyny, posiadającej dwa warkoczyki i setkę piegów. Taka bardzo miła Pippi w wieku nieokreślonym, między 12 a 39 lat.

-To moja kuzynka Ingrid. Przyjechała na ferie, a na co dzień mieszka w Szwecji.

No patrzcie państwo, co za niespodzianka. Myśleliśmy, że da nam morsowy wycisk, ale nie – tylko zdjęcia ma robić z brzegu. Niech będzie, w każdym razie jest jeszcze bardziej klimatycznie – nordycko.

-Wsiadać! Gruby do tyłu, jak kwadrans nie będziesz siedział koło Fitnesówy, to ci nikt jej nie zje…

Dotarliśmy nad jezioro. Na środku pływał łabędź.

-Zajęte – stwierdził Gruby.

-Co za cykor. Małego ptaszka się boi.

-Takiś odważny, to właź pierwszy. Popatrz, jakie ma wielkie zęby.

-Przecież ma zamknięty dziób.

-Tak, ale na pewno ma wielkie. Zaraz otworzy paszczę.

Ingrid namiętnie fotografowała łabędzia. Byle jej pamięci w aparacie na nas wystarczyło.

-To stary, doświadczony samiec – zawyrokował Ultras, który znał się na przyrodzie – broni terytorium. Musimy go delikatnie, ekologicznie przepłoszyć. Dajcie mi się zastanowić.

Zdjęliśmy kurtki i zabieraliśmy się za rozgrzewkę.

-Dobra, połączymy dwa w jednym. Rozbierajcie się i truchtamy w kółko machając skrzydłami, to jest rękami. Łabędź pomyśli, że to stado i odpłynie.

Zdejmowanie rzeczy szło nam jakoś opornie. W rezultacie jedni mieli na sobie czapki, inni szaliki, ktoś bluzę, ktoś spodnie. Były też gustowne poncza i jeden szlafrok, znakomicie zwiększający wizualnie efekt machania rękami. Staraliśmy się mocno i nie można powiedzieć, było nam coraz cieplej. Kolejne części ubioru lądowały na karimatach, kuzynka ledwo nadążyła z pstrykaniem. Tylko łabędź miał to wszystko gdzieś i tkwił niewzruszenie kilka metrów od brzegu.

-Co państwo robią? -Zainteresował się osobnik ubrany w strój terenowy, wychynąwszy zza krzaka. -Wszystko w porządku?

-Morsujemy.

Facet przyglądał nam się podejrzliwie. Na szyi miał aparat z ogromnym obiektywem.

-To znaczy rozgrzewamy się, odstraszając ekologicznie ptaka. Ultras, wytłumacz panu.

Przybyły wysłuchał wyjaśnień i pokręcił głową.

-To młoda samica. Jak zrobię jej kilka zdjęć, to odpłynie. Foto zawsze je peszy…

No bez jaj. Ale faktycznie – ledwo wycelował lufę, a panienka łabędzica w tył zwrot – i już jej nie było.

Kurde.

Niemniej odetchnęliśmy z ulgą. Akwen nasz!

-Dziękujemy – dygnąłem grzecznie. -Ale zaraz. Wygląda pan na ogarniętego przyrodniczo. Może pan wie, jak jest z tym lodem od dołu?

Facet najpierw poczerwieniał, potem westchnął, pokiwał głową i wszystko nam opowiedział. Teraz jesteśmy kozacy. A ta fajna nazwa to śryż. W sam raz określenie na grupę morsową.

-Uważajcie tylko, bo tu miejscami muł. Do widzenia, państwo morsy.

I poszedł.

-Włazimy – zadecydowała hrabina.

Powoli zbliżaliśmy się do wody. Stanęliśmy równiutko na styku lądu i jeziora.

-Zimno.

-Ku, ku, kurde zimno.

-Michał, dawaj ten termometr.

-Według mnie ta woda ma z minus piętnaście.

-Tworzysz nową fizykę?

-A wcale że nie, bo jak są rozpuszczone sole, to się nawet poniżej zera lód nie robi.

-Mogliśmy zapytać tego pana w moro…

-Dwa stopnie – oznajmił Gruby. – Powyżej zera – dodał na wszelki wypadek.

-To dobrze, bo można zaokrąglić do zera.

-Niby czemu?

-Jakby było trzy, to trzeba zaokrąglić do pięciu, a dwa, to do zera.

Coś tu nie grało, ale nie czepialiśmy się.

-Ingrid zrób zdjęcie. Nie, nie Michałowi, tylko termometrowi z nami w tle.

Wyprostowaliśmy plecy, wciągając brzuchy, jaki tam kto ma. I napinając mięśnie, jakie tam kto ma. Wyszło na pewno rewelacyjnie.

-To kompromisem mówimy, że było jeden stopień, a na zdjęciu perspektywa rtęć wydłużyła.

-To wchodzimy.

-Na złamanie karku.

Staliśmy, gapiąc się w wodę. Morsowanie to trudna rzecz, naprawdę.

-Dobra, dosyć – Asia odważnie weszła w toń! Michał, chcąc nie chcąc, podążył za nią, choć znacznie wolniej. Stopniowo wszyscy się przełamaliśmy. Ale nie mówię, że szło szybko.

-Ile już siedzimy? Ze trzy minuty?

-Dwadzieścia siedem sekund – odparł Wymiatacz, który posiada najlepszy zegarek.

-Wchodźcie głębiej.

-Śmiało Tadziu, zamocz gacie.

-Tu nie chodzi o gacie, oj, oj.

-Ile już siedzimy, chyba z pięć minut?

-Minutę i osiemnaście sekund.

-Ojej – powiedziała hrabina – muł.

I stała się jakby niższa. A przynajmniej tak nam się wydawało.

Chwyciliśmy ją pod ramiona. Przestała się zapadać, ale do góry też nie szło.

-Klapki mnie trzymają.

-Przyj do góry.

-Jak wyciągam jedną nogę, to obciążam drugą i ona się zapada głębiej.

Powstała sytuacja patowa.

-W ten sposób możemy pobić jakiś rekord – zauważył bystro Marek.

-Znakomite ujęcie! – Wrzeszczała z brzegu Ingrid.

-Przekroczyliśmy trzy minuty – meldował Władek.

-Hrabino Szczydoniecka… – Zaapelowaliśmy nieśmiało.

-Niech więc idą bogom lodowym na ofiarę! – Nasza bohaterka stała się nagle lżejsza.

Wspólnie gramoliliśmy się na brzeg.

-Trzy minuty, czterdzieści sekund!

-Według najnowszych trendów to można zaokrąglić do pięciu.

-Marek, chwyć hrabinę za rękę…Asia biust do przodu! – Dyrygowała Ingrid.

Zaczęło się wielkie ubieranie. Nie sądziłem, że włożenie skarpetki to taka ciężka robota. Zapięcie rozporka praktycznie niemożliwe.

-He, he, herbatki chcę – szczękał zębami Michał.

Fitnesówa usiłowała jednocześnie otworzyć termos, zdjąć kostium i wytrzeć ukochanemu plecy. Tadek zachował rozsądek.

-Ingrid, otwieraj termosy i nalewaj herbatę.

Szamotanie z ubraniami powoli się kończyło i rozległy się siorbania. Wracaliśmy do świata żywych.

-Moje palce u stóp to kołki.

-Toś szczęśliwy. Ja swoich nie czuję w ogóle.

-Jaka dobra ta herbata.

-Asia, wlej jeszcze raz Grubemu – prosiła Ingrid. -Herbaty, znaczy się. Słodkie zdjęcie będzie!

Stopniowo docierało do nas, czego dokonaliśmy. Duma.

-Jesteśmy morsami.

-I to nie byle jakimi.

-Pięć minut, jeden stopień.

-Dwa klapki.

-Warto było.

-Jesteśmy twarde sztuki.

-Już czuję się zdrowszy.

Powolutku ubraliśmy się w ciepłe rzeczy, wypiliśmy herbatki, zrobiliśmy ostatnie zdjęcia. Poczuliśmy spełnienie, uzdrowienie, wyrzut endorfin i lans.

-Zabierać bety i wracamy!

-Grupa morsów odmeldowywuje się po wykonaniu zadania.

Spojrzeliśmy triumfalnie na taflę jeziora. Ha! Niestraszne nam stopnie dwa.

Pozbieraliśmy rzeczy i noga za nogą, żółwim krokiem, wycofywaliśmy się do świata normalnych temperatur. Ostatni raz spojrzałem na jezioro.

-Hrabino.

Na powierzchni pływały dwa klapki.

***

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Przełamywanie lodu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *