Czarny poniedziałek.

Kocham ten dzień tygodnia, a dzisiejszy zatrzaskuje weekendowe szaleństwo, zwane black friday, kojarząc się z procentami. Ten matematyczny znacznik niemałą odgrywa rolę w naszym życiu, gdzieniegdzie uśmiech, w innym miejscu łzy wywołując. Samo określenie w naszej ojcowiźnie piątkowym wieczorem wiadome konotacje przywołuje. Stara zasada głosi definicję słowa: nic=połówka na dwóch. Na rozruch starcza, byle przynajmniej 40%. Lecz mnie już od czwartkowego zmierzchu prześladują te znaczki; mam nadzieję, że zaraz przestaną.

Na 100%.

Zasuwam onegdaj na zakładzie w pocie czoła, soboty na horyzoncie wypatrując, a tu kątem oka dostrzegam poruszenie wśród załogi. Biuro wzywa, kogóż by? Niby nic na sumieniu nie mając, przecież z krzyżem zlanym potem do kierownictwa człapię. Tam dopadają mnie procenty, smucąc i ciesząc jednocześnie.

Otrzymam nagrodę jubileuszową, gdyż stuknęło mi dwadzieścia lat stażu. Wysokość gratyfikacji wyniesie 75% pensji. Łał. Gotówka zawsze się przyda, a tu bonusem jeszcze emocje zafundowali: bogowie wiedzą, od jakiej bazy owe trzy ćwierci wyliczą. Znacie rozkoszne drżenie klawiatury przy logowaniu się na stronę banku, celem sprawdzenia nieznanej wysokości wpływu? Lubię to.

Skąd zaś pogorszenie nastroju mnie nawiedziło? Ano, nikt chyba nie przepada za podsuwaniem peselu przed oczy. Jejku, ja już tyle lat pracuję! Gdzie młodość miniona? Pociesza mnie znajomy: masz już 50% do emerytury odwalone. Akurat. Pewne jest tylko, że dwadzieścia lat tyry oznacza dwadzieścia procent (znów) dodatku stażowego, określając wszelakoż jego górną granicę – tu już nic nie urośnie.

I co, śmiać się czy płakać z tych procentów?

***

Wydział szczęścia i pecha działa, jak wiadomo, na drogach naszych, ku bezpieczeństwu powszechnemu pieszych i zmotoryzowanych. Kołuję w miarę z fantazją w słynnym podwarszawskim kurorcie Ł., a tu: halt!

-Panie kierowco, a co się tak spieszymy?

Aaa, cholera, tam widnieje wszędzie 70, mimo iż pasy dwa i trzy leżą. Robię minę rannego buldoga, wypatrując miłosierdzia na zasadzie braterstwa do profesji indagującego.

-O, tyle i tyle wyszło na susz… radarze, panie kierowco!

-Panie władzo, toż to de facto ledwo dziesięć procent!

-De facto nie de facto, a przekroczone jest! I taryfikator określa, w myśl paragrafu. A pan kierowca na punktach jakichś?

Kłamać czy prawdę rzec? Nawet nie wiem, czy mogą to sprawdzić tak od razu. Decyduję się na szczerość.

-Panie władzo, ledwo cztery punkciki i to za dwa miesiące rok minie od wykroczenia. Pilnuję się.

-O cztery to nie tak znowu mało.

-Jakże? Toć to ledwo osiemnaście procent normy.

-Pan kierowca coś za dużo o tych procentach – zauważa podejrzliwie przedstawiciel prawa, wyciągając dobrze znany kierowcom przedmiot. – Dmuchamy.

To znaczy tylko ja dmuchałem. Wyszło, jak reprezentacji za starych czasów, przed Lewandowskim. Zero, zero.

Zrobiło się nieco milej.

-I dokąd to pan kierowca się tak spieszy?

-Na morsowanie jadę, grupa na mnie czeka, dla zdrowia trzeba się w zimnej wodzie zanurzyć.

Szczęście chadza różnymi ścieżkami, także na poboczach dróg przelotowych w Ł.

-O! I ja morsuję – ucieszył się pan władza.

Raz, dwa, dogadaliśmy się do wspólnych znajomych. Niemniej czas (wraz z przejeżdżającymi łamaczami przepisów) mijał. Policjant przybrał oficjalną posturę i ton.

-Panie kierowco! Udzielam surowego upomnienia za przekroczenie – choć drobne – przepisów. Następnym razem ukarzemy z całą surowością i żadne procenty nie pomogą! Szerokiej drogi.

Czego się życzy drogówce na poboczu? Wielu złapanych? Jakoś tak nie chciało mi przejść…

-Miłego dnia! – wybrałem neutralnie. Nie taki czarny ten weekend.

***

Czymże byłby jednak ciemny weekend bez zakupu z odpowiednio procentowym upustem?

Moja miłość do butów Kinvara zaczęła się dosyć przypadkowo, od okazyjnego nabycia „trójki” na internetach. Ach, cóż to za okazję trafiłem: jakieś 40% mniej. Tak, żeński model. Zajeździłem dwie pary, drugą też kupiwszy na bonusie.

I teraz okazja: połowa ceny, tfu! Pięćdziesiąt procent obniżki dają na topowy model. Została jedna para, bo linia męska, a rozmiar skrajny – lilipuci.

-Mają pomarańczową wstawkę – dodaje jeszcze Aga znad klawiatury!

-Bierz!!! – Oznajmiam tonem słyszalnym na pół dzielnicy.

Zaczyna się klikanie. Też lubicie takie zakupy, gdzie trzeba kilkadziesiąt razy potwierdzać, zaprzeczać, dane podawać? W końcu wszystko wyopcjowane, „płacę”… I szlag. Liczba rzeczy w koszyku: zero. Zgrzytnąwszy zębami, obrażam się na oszukańczy los spod znaku black friday. W dupie mam procenty!

Rano czeka mnie wiadomość na komunikatorze: są jednak twoje buty! Znalazły się w odmętach sieci…

Kocham Cię… Czarny poniedziałku! Ze wszystkich procent.

%%%

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Czarny poniedziałek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *