Wstyd, co te morsy wyprawiają.

O zaletach kąpieli w przeręblu długo by pisać, założywszy przy tym, iż ktoś zechce to jeszcze czytać. Wszak wszyscy już wiedzą, jak zdrowo i pogodnie w mroźnej cieczy się zanurzyć, nieprawdaż? Kto sprawy nie zna, czym prędzej niech tę powszechną, zastaną pod strzechami i w pałacach wiedzę uzupełni. My już zamaczamy grzeszne cielska w rozkosznych chłodniskach wód, z lubością na zaczerwienienie skór naszych powierzchni zerkając. Lecz morsowanie przeróżne niespodzianki przynosi, uatrakcyjniające sam akt zanurzenia. Złośliwie spieszę donieść…

W wybornych humorach podążamy samopięć na wieczorną chlupkę. Znad Jeziora Czerniakowskiego już przyzywają nas pulsujące czerwienie świateł elektrociepłowni. Czujemy rozkoszne mrowie na plecach.

-Mam problem – stęka nagle kolega – nie wziąłem kąpielówek.

Cóż z tego? Tłumaczymy fajtłapie, iż zamorsuje w zwykłych gatkach, a potem śmiało w samych spodniach do domu wróci. Wszak w samochodzie ciepło, nic interes na tym nie ucierpi.

-Nad wodą ciemno, zresztą kto zwraca uwagę na te rzeczy. Nawet jak masz różowe stringi w seledynowe motylki, nie powiemy nikomu.

Kumpel jednak milczał podejrzanie. W końcu dzielnie wyznał prawdę.

-Nie mam żadnych – wystękał – jestem w samych spodniach. Musicie mi pożyczyć.

Spojrzeliśmy po sobie bez entuzjazmu. Trafiło na mnie, ze względu na rozmiar.

-Ciekawe, co powiesz żonie, kiedy znajdzie w praniu obce majtki i to męskie.

-Nie ma rady, musimy zrobić dokładne zdjęcie wam, razem. Jak stoicie we dwóch w majtkach.

-Jak pokażesz żonie, skasuj fotę od razu – ostrzegłem.

Kolega siedział jak trusia. To było udane morsowanie. Tylko jego małżonka przy spotkaniu w większym gronie dyskretnie, acz uważnie lustrowała mnie wzrokiem.

Trzeba ludziom pomagać.

Niespiesznie zbieramy się nad rzeką, czując na twarzy zimny oddech leniwego nurtu. Mamy późną jesień, lecz przymrozek dopisuje. Znajoma podjeżdża wysłużonym Polonezem, lecz uchyla tylko drzwi, nie wychodząc na zewnątrz.

-Pomocy! – Woła rozpaczliwie.

Podbiegamy, ile sił w klapkach. Co jest, kogo bić?

-Mam kota – oznajmia ze łzami w oczach.

Chwilę zajęło skonstatowanie, iż nie chodzi o stan jej psychiki, lecz obecność pięknego Persa na tylnym siedzeniu. Zwierzę nie wyglądało na zadowolone.

Nie miała baba kłopotu, wzięła kota na morsowanie.

Zażądaliśmy wyjaśnień.

-Normalnie Kserkses (dobre imię dla Persa!) zostaje z babcią. Sęk w tym, że dziś jej nie ma i musiałam go wziąć. Niestety, on jest bardzo towarzyski; nie może zostać sam, bo od razu płacze i rwie pazurami co popadnie. A to ukochana fura dziadka, tapicerka świętość!

Hm, widziałem w życiu ładniejsze świętości. Niemniej próbowaliśmy znaleźć rozwiązanie problemu.

-Zamknij go w bagażniku.

-Zwiążemy mu łapki, te pół godzinki wytrzyma.
-Puść go luzem, niech sam wybierze: czekać na ciebie na plaży, czy wsiąść z powrotem do auta.

-Przywiążmy go za linkę do drzewa.

-Włóżmy go do plecaka, zaciągając zamek. Będzie mu ciepło.

Miło było patrzeć, jak koleżanka purpurowieje na twarzy, słuchając naszych propozycji. W końcu otrząsnęła się i potoczyła po nas wzrokiem rannej piranii. W jej oku widoczny był mord, pogarda i owsowstręt.

-Sama z przyjemnością gdzieś was zamknę i przywiążę. Kserciu, nie słuchaj tych barbarzyńców z interioru.

Stanęło na tym, że niesie kotka na rękach, a jak milusiński zaprotestuje, ktoś potrzyma go na zmianę na brzegu, ewentualnie ewakuując się do samochodu.

O dziwo, zwierzę nie protestowało, kiedy jego pani wkraczała w mroźne odmęty. Skurczybyk przyglądał się swemu odbiciu z wyraźną przyjemnością. W pewnym momencie jednak (a byliśmy już po pas) ciekawość wzięła górę i zamoczył łapkę w wodzie. Jak gadzina nie skoczy, odbijając się nie wiadomo z czego i hyc! Wylądował na głowie właścicielki. Szczęściem ta założyła grubą czapę, z pyszniącą się na niej morsową syrenką. Kserkses wbił pazury w pierś kobiety-ryby i trzymał krzepko. Ze strachu zapomniał o miauczeniu.

-Zdjęcie! Szybko zdjęcie! – Zakrzyknęliśmy zgodnie.

-Potwory! O czym wy myślicie! Ratujcie biednego kotka…

-Przecież nic mu się nie dzieje. A tobie wyjątkowo do twarzy…

Wycierając się na brzegu spytałem koleżankę, dlaczegóż to babcia wybyła z chaty, obdarzając ją pupilem do opieki.

-Nie zgadłbyś. Babcia jest na morsowaniu nad morzem.

Świat jest piękny, ale dziwny.



Planując pierwsze zimnomoczenie w sezonie, przypomnieliśmy sobie o awarii sytemu ściekowego sprzed kilku miesięcy. Na skutek dziwnych okoliczności część nieczystości wylała się do Wisły na wysokości mostu Marii Skłodowskiej-Curie. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, rządzący miastem umniejszali wagę kwestii, podczas gdy opozycja rwała szaty, katastrofę ekologiczną wieszcząc. Sytuacja została opanowana, zastępcze rury położono, uwaga opinii publicznej zwróciła się w inną stronę. Niemniej w nas drzemał pewien niepokój. Otóż nasze morsowisko położone jest na starorzeczu, kilka kilometrów za mostem w dół nurtu. Płytkie rozlewisko sytuuje się całkiem z boku, łącząc się wszelako niewielkim przesmykiem z królową polskich rzek. Należało rozpatrzeć ryzyko.

-Mam dobre i złe wiadomości – zaczął doświadczony kolega, taki, co już niejeden przerębel rąbał.

-Dawaj wpierw dobre.

-Otóż na skutek niskiego poziomu Wisły, te brudy nie mogły bezpośrednio przelać się na nasze terytorium. Połączenia nie było.

-Zatem, siostry i bracia, majtki w dłoń. Hajda!

-Wszelako zachowajmy ostrożność.

-Dawaj tę złą nowinę.

-Przecież już powiedziałem. Susza.

-Ale to było w lecie.

-Patrzycie krótkowzrocznie! Tymczasem zmiany klimatu postępują, rzeki wysychają, wiatry cichną. Zabijamy naszą matkę, aż zostanie jałowa pustynia i spalony słońcem plastik…

Trzeba mu oddać, że zrobił pewne wrażenie. Ustaliliśmy, iż w związku z zaistniałymi okolicznościami, wykażemy się świadomością ekologiczną i pozbieramy śmieci.

Meldujemy się na miejscu, rozkładamy obóz, rozbieramy, rozgrzewamy; rozochoceni wchodzimy do wody. Aga wlazła już po pas.

-Odwróć się, honey, zrobię ci zdjęcie.

-Nie mogę. Utknęłam w mule.

Eno, takie historie to w młodzieżowych książkach przygodowych się spotyka. Nie wierzymy, też włazimy. Po chwili grzęźniemy.

-Jakby ktoś chciał nam opędzlować rzeczy z brzegu, to ma fajną okazję – zauważa koleżanka przytomnie.

Na szczęście w pobliżu nikogo ni widu, ni słychu. Próbujemy wyciągać nogi, zastanawiając się, czy ten osad ma związek z wyciekiem.

-Przecież mówiłem, że nie było połączenia. Na wszelki wypadek nie pijcie tej wody.

Świetna rada. Lecz tymczasem kiepsko nam idzie wyciąganie stóp z mułu. Czuję, że wpadłem już powyżej kostek.

-Wiecie co? – Mówi jedna przytomna niewiasta. – Musimy zmniejszyć ciężar ciała, zanurzając się. Archimedes.

Niech szlag trafi przemądrzałego Greka! Jednak ona ma rację. Trzymając brody nad powierzchnią, uwalniamy się z bagniska. Wszyscy, nolens volens, zanurzyli się po szyję. Ekstremiści.

-Nie mówmy nikomu – prosi ktoś.

-Oczywiście, że nie – przysięgam uroczyście.

Po wyjściu z wody, nie możemy pozbyć się osadu z kąpielówek.

-Czy moje już czyste? -Prezentuję innym moje slipy.

-Trudno powiedzieć, ale szlafrok masz fajny. To po starszym bracie?

Idioci.

-Ta woda jest czysta – stwierdza nagle nasz ekolog. -Łabędzie płyną. Zwierzęta wyczuwają zanieczyszczenia.

Ja też wyczuwam. Wszystko tyfi mi bagnem. Ekspert twierdzi, iż to naturalny zapach i nawet zdrowo.

No ja myślę.

Przecież morsowanie w ogóle jest zdrowe.

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Wstyd, co te morsy wyprawiają.

  1. Super teksy ze świetnym poczuciem humoru. Na trudny zimny poniedziałek jak znalazł. Podziwiam Was ja bym chyba nie wlazła. Brawo brawissimo.

    Pozdrawiam Was serdecznie Drogie Morsy 😃😃😃

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *