Biegowa demokracja.

My, poszurani, zwykle należymy do większych zbiorowości. Wspólnoty owe określamy jako kluby, grupy biegowe, fejsokliki, sklepy i towarzystwa adoracji wzajemnej. Niektórzy czują potrzebę zrzeszenia nieodpartą, reprezentując kilka podmiotów. Daje to piękną możliwość wyboru przy zapisach na zawody: co wpisać w rubryce <drużyna>.

Oczywiście, pozostają też dumni indywidualiści, samotne wilki poza stadem dumnie przemykający. Szlachetna ta poza robi duże wrażenie na początkujących. Jakie to wyniosłe, że Iks Igrekowski reprezentuje Iksa Igrekowskiego. I na pewno mocy na podbiegach dodaje.

Kiedy bieganie stało się w Polsce popularne, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać kluby. Kilka osób tuptających razem poczuło potrzebę sformalizowania takiego związku. Powstawały różne ramy organizacyjne, od luźnych grupek łączących członków li tylko nazwą, po zarejestrowane, potężne liczbą i jakością frekwentantów związki sportowe. Działo się.

Ważną, choć niby tylko symboliczną, częścią spójności takich zbiorowości, stały się barwy, uwidocznione w postaci koszulek. Po tym głównie identyfikują się członkowie, z dumą oświadczając przy okazji większych imprez: widać nas.

Dochodzą do tego klasyfikacje drużynowe, napędzające motywację do startu. Kolejna to szansa, by stanąć na podium i chwili chwały zażywszy, jakąś nagrodę wyszarpać, choćby i statuetkę, którą trzeba na piętnaście osób podzielić.

Team spirit, jak mówi ten przystojny piłkarz.

Należę i ja do szlachetnej paki; zdarzyło się pewnie niekiedy widzieć mnie w pomarańczowo-niebieskich barwach. Moc oddziaływania mej wspólnoty dała o sobie onegdaj znać, albowiem nadeszła chwila ważnych decyzji.

Wybory.

Większość klubów posiada strukturę zarządzania, a w niektórych odbywają się periodyczne głosowania.

Co za emocje; podejrzewam, złośliwością trolowatego karła, że dla niektórych większe, niż na mecie maratonu. Naród, skuty przez lata pętem zniewolenia, chętnie prawa obywatelskie stosuje, także na poziomie dzielnicowo-osiedlowym. Jakżeż piękną jawi się demokracja, pozwalając poczuć moc istnienia, przejawianą w możności głosowania, a nawet – o odwago! – kandydowania.

Wyborami tych panów emocjonowało się pół świata.

W moim klubie periodyzację ustalono nie na żarty: raz na cztery lata do urn podążamy. Ponieważ niewielkim stażem robaczkiem jestem, wziąłem udział pierwszy raz. Kwiatka nie dostałem – istniał kiedyś taki zwyczaj dla osiemnastoletnich świeżaków w Polsce – lecz cała kampania nadzwyczaj interesująco się odbyła.

Panie noszą klubowe barwy nie tylko w sercu. Duma.

Już kilka tygodni przed dniem „w” dało się odczuć w stowarzyszeniu poruszenie. Zatrzęsły się skostniałe nieco struktury i skrzypiąc, do aktywności powróciły. Zaspane i ziewające, zda się – wiecznym snem śpiące – zbudziły się jednak misie! Nagle kwestie klubowe stały się istotne, pryncypialne wręcz: drużyna jest najważniejsza. Drgnęły na łączach, a liczba postów w cyfrowej klubu emanacji skoczyła gwałtownie. Rzecz toczy się staraniem o nie byle co: cztery miejsca w zarządzie są do wzięcia. Komisja rewizyjna potrzebuje do składu trójki. Kandydaci zaczęli z wdziękiem i słodyczą prezentować się elektoratowi. Kampania ruszyła, iskry krzesząc, stare zasługi przypominając, nowe korzyści obiecując, świetlany świt klubowemu ciału zza mrocznych horyzontów szykując.

Ja nadaję się do władzy równie dobrze, jak do sprzątania górnych półek bez drabiny. Próbującym namówić mnie do aplikowania na stanowiska twardo, acz grzecznie dziękowałem stanowczym „nie”, uprzejmie jeszcze w myślach dodając kulturalne: chyba Was pojebało. Z tej wygodnej pozycji elektoralnego abnegata mogłem całą rzecz spokojnie obserwować, ciesząc się obywatelską, na miarę kliki naszej wybujałą, wyborczą aktywnością.

Nabrała karuzela kandydacka prędkości, migocąc pomysłami i receptami przyszłych prezesów. Odezwały się także, solą i pieprzem pluralizm przyprawiające, spory i zażarte polemiki. Wielce przekonująco, z klasą, elokwencją i bon tonem, strony swe stanowiska prezentowały, dyskretnie wady oponentów eksponując. Słowem: napierdalanka. 😀

Procedury, rodo, dyskrecja, profesjonalizm.

Nadszedł dzień sądu, idziemy lepsze jutro klubowi wykuć. Wielce rozsądnym pomysłem ulokowano rzecz w miejscu nie tylko o ducha, lecz i o ciało dbającym; czytaj: w knajpie; takiej exclusive. Atmosfera doskonała panowała, żeby nie powiedzieć – słodka i chmielna.

Wielkim dylematem zafrasowałem się nad kartą, pomocy w izotoniku szukając. Na co postawić? Młodość i werwę czy doświadczenie i stabilność? Akcent na rywalizację sportową czy rekreację? Humor i frywolność czy powagę instytucjonalną? Aktywne, pyskate rumaki czy spokojne, milczące woły?

Niełatwa decyzja, mówię Wam. Kształt działalności na przyszłe czterolecia określa. Popatrzyłem w lustro swego sumienia i szast prast, siedem krzyżyków namalowałem. Jeślim pobłądził, urno, wybacz mi!

Atmosfera w lokalu wyborczym znakomita panuje. Wszyscy debatują o tym, co nas łączy: bieganiu. Frekwencja dopisała, ustępujący zarząd, zewsząd chwalony, dyskretnie łzę w kuflu topi. Godzina zero nadciągnęła, czas na skrutację. Emocje sięgają klubowych zenitów.

Vox populi, vox Dei.

Nie wolno tak na szybko wolnego wyboru oceniać: dokonało się i kropa. Odpowiedzialność spoczęła na zwycięzcach. Dwoje najaktywniejszych w kampanii antagonistów najmniej głosów otrzymało. Przypadek?

Nowy prezes (ustępujący nie kandydował) zgarnął maksymalną liczbę głosów; piękny dowód zaufania.

Po kilku dniach pierwsze decyzje, w tym jedna pryncypialna: oddzielamy przeszłość grubą kreską i w zgodzie budujemy.

Pełni nadziei, patrzymy w przyszłość.

***

Łukasz Klaś

7 thoughts on “Biegowa demokracja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *