Być kobietą.

Śnimy zwycięstwa, marzymy o pięknych chwilach. Budzi nas okrutna rzeczywistość, bezwzględnie rządząca naszym światem. W każdych zawodach, stając na starcie, liczymy na jakiś, skrojony na naszą miarę, sukcesik. Nie inaczej potoczył się mój bieg, w pierwszym tej jesieni przełajowym City Trail.

Jadąc na siedzeniu pasażera, przykładam czerep na zagłówek, odpływając na moment w lepszy świat. Ktoś budzi mnie, potrząsając za ramię. Uśmiecham się do resztek senności i ochoczo udaję na rozgrzewkę.

***

Od dawna chciałam odnieść sukces w tych zawodach; stanąć na podium, lub ciut więcej. Mam na myśli rywalizację w open kobiet, nie jakieś tam wiekówki. Pomyśleć, że niektórzy mężczyźni podśmiewają się z tego określenia: open kobiet, że niby nielogiczne. Żałosne samce.

Przedzieram się przez grupę, kątem oka obserwując najgroźniejsze rywalki. Z którą przyjdzie mi stoczyć bój ramię w ramię? Muszę pilnować pozycji, nie czasu, odkładając bicie rekordów na bok.

Strzał i ruszamy. Jak te facety się pchają. Brutale, obnażający swą naturę. Dostrzegam plecy naszej czołowej maratonki i rzucam się w pogoń. Po kilkuset metrach stawka się rozluźnia, pozwalając zorientować się w sytuacji. Hm, biegnę trzecia czy czwarta? To stworzenie w czapeczce i szpanerskich okularach to facet, czy jakaś nieznana mi szybkonoga?

Cholera.

Patrz optymistycznie, narzekaczko – upominam się w myślach. Zakładam, że osoba wątpliwa jest mężczyzną. Usiłuję zatem utrzymać się na plecach mistrzyni Dominiki, najdłużej, jak się da. Wygodnie tak zasuwać, nie troszcząc się o tempo zgoła. Ponieważ mijamy znacznik dwóch kilometrów, uznaję, iż moja pozycja w stawce niewieściej powinna wyglądać obiecująco i z tą nadzieją oglądam się przez ramię. Nienajgorzej, moja miła, nienajgorzej – nucę sobie w myślach. Następna za mną znakomitość, chyża Iza, biegnie w odległości pozwalającej mi myśleć o obronie drugiej pozycji. Napieram ochoczo.

Zawodniczka przede mną wrzuca wyższy bieg i odjeżdża stopniowo. Nie gonię, znam swe miejsce w szeregu.

Kolejne metry znaczą się wysiłkiem, zmuszając do uruchomienia mocy kobiecego ducha. Nie zwracam uwagi na sapiące maskuliny wokół; przebieram nogami starając się zachować rytm. Świeżość już uleciała, pozostaje walka. Czwarty kilometr! Zbliżamy się do finiszu, desperacko ściskając organizm do wysiłku. Wątrobo, pomóż! Do płuc i mięśni nie ma już co apelować. Wytężam wzrok, dostrzegając w oddali maleńką sylwetkę naszej mistrzyni maratonu, wbiegającej już między końcowe znaczniki. Nie oglądam się za siebie, dogorywam wpatrzona w jakże powoli zbliżającą się metę. Kreska! Wiwaty, euforia, radość, oklaski, uśmiechy wzajemne. Jestem druga!!! W open kobiet!

Gratuluję dziewczynom i przysiadam na ławeczce. Skłaniając głowę o oparcie na chwilkę przymykam oczy, odpływając w lepszy świat.

***

-Hej, zasnąłeś? – Ktoś potrząsa mnie za ramię przyjacielsko. – Wszystko w porządku, bo finiszowałeś mocno?

Wracam na jawę i rozglądam się po otaczających mnie gębach. Wszyscy uśmiechnięci, przybijają piątki…

Zaraz, o czym oni do mnie rozmawiają. Jakie dwudzieste piąte miejsce? Co za czwarta lokata w M-40? Jaka???

Najgorsze dla biegacza to być facetem.

***

City Trail 5km, 20.10.2019.

Łukasz Klaś, 17:45, 25 miejsce open, 4 M-40.

Open kobiet:

1 Dominika Stelmach, 17:14

2 Izabela Parszczyńska, 18:34

Łukasz Klaś

9 thoughts on “Być kobietą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *