Unia.

Odwiedzamy Lublin, wpadając niechcący w wir obchodów. W kozim grodzie świętują 450-lecie sojuszu polsko-litewskiego, hołd historii i mądrym zwolennikom porozumienia oddając. Okolica tętni występami, koncertami, targiem, odczytami, dekoracją i różnojęzycznym, wesołym gwarem. Concordia! Miło czas zapitala nam. Nawet pogoda się dostosowała i słońcem siecze w miarę, na ciepło bez upału. Koroniarze, Litwini i goście świętują, tumult radosny i zaraźliwy zażegając.

Pogrążamy się w jarmark, z dala sakiewki sposobiąc, a węża kieszennego dusząc. Ceny zresztą wypadają z umiarem, Warszawie i Krupówkom na nosie grając. Najpierw przyjemność, potem obowiązek – z radością wciągam w nozdrza zapachy licznych garkuchni. Agnieszka z pogardą prycha na mięsny rożen, lecz na widok światowych smakowitości rozjaśnia jej się buzia. Przybyli z reprezentacyjnym menu ex officio: Litwini, Rosjanie, Turcy, Azerowie, Ormianie, Gruzini, Węgrzy, Włosi, Hiszpanie, Portugalczycy i naszych regionów kilka. No tylko amerykańskiej patrzeć; szczęściem, na próżno. Wybór dostajemy taki, że aż żal, czego nie wszamaliśmy. Potem nurkujemy w głąb straganów z rękodziełem, sztuką, zabawką, odzieżą i czego dusza zapragnie. Decydujemy się na drewniane sztućce, z żalem kilka stoisk opuszczając. Siłą odciągam moją towarzyszkę od stanowiska lawendowego; ona przegania mnie sprzed obrazów. Handel kwitnie, atmosferę wschodniego bazaru skojarzeniem nasuwając. Alibaba gdzieś za rogiem się czai.

***

Biegamy trochę, na miejsce aktywności Ogród Saski wybierając. Park prezentuje się bogato, z epoki właściwej pochodzenie wywodząc. Odnowiony, dobrze oddaje unię człowieka z przyrodą, estetycznie artefakty przeróżne wśród zieleni rozmieściwszy. Cud prawdziwy: toalety w sobotę o ósmej rano czynne, zapraszają za jedyne dwa złote na siku. Rzeźby interagują z nami; wolno dotykać.

Przejście

Drzewom przewodzi królowa, jej wysokość topola biała. Pomimo rozmiaru, zieleni się witalnością młodości, nadzieję na długie panowanie czyniąc. U jej stóp poleca się odnaleźć proporcje pychy i pokory.

Stare miasto znakomite sprawia wrażenie, zabytki z teraźniejszością swatając zgrabnie. Zaglądamy do świątyń: w niewielkich kościołach przy trakcie grodzkim dojrzałość wieku znajduje pociechę w ciszy. Młodzież garnie się do nowocześniejszego zakonu kaznodziei. Tutaj pięknym przykładem pluralizmu znajdujemy w wyposażeniu dwie ambony naprzeciw siebie ułożone. Niejednym głosem mądrość przemawia, a różnice nie kłócą się z porozumieniem, kompromisem, związkiem: unią.

W architekturze z radością spotykamy bogactwo stylów epokami. Wyraźnie się gotyk, renesans i klasycyzm odznaczają. Współgra z nobliwością świeże wyposażenie miasta, proporcją stonowaną wkomponowane w przestrzeń. Sporo instalacji zachęca do kontaktu: w fontannę można wejść, herbową kozę przytulić, rzeźbę w ruch wprawić. Gdzie nowe i stare zgodnie współgra tam zgodą wydaje owoce: unia estetyczna.

Acz, gwoli prawdy, dodajmy, że na horyzoncie majaczą budowle, których ładność została zdrowo wypieprzona w zamtuzie postmodernizmu. Życie.

Nawet, taką ich mać, partii antagonistycznych bilbordy pospołu wiszą. Niech wiszą.

Dziarskim krokiem zmierzamy ku zamkowi, kręcąc głowami w prawo i lewo za ciekawościami; nadwyrężone karki powoli zaczynają protestować. Okazuje się, iż warto i do góry wzrok skierować. Nad nami, między niebem a ziemią, wysypuje się rój liter, łączący okna kamienic vis-a-vis. Kolorowy potencjał wisi nad brukiem, prosząc o uporządkowanie w słowo. W tłumie się rozpychają głoski samo- i spół- i tylko patrzeć, czy porwawszy sznury, na ziemię nie runą. Piękny pomysł na dekorację, subtelnie zaznaczający, że nie tylko chlebem człek żyje. Barwne bractwo zdaje się żyć swoim życiem; przysiągłbyś – natrząsają śmiechem, gdy gardzący książkami popod przechodzą. Często drgają…

Zamek stoi w formie zabiegowej, zachowawszy jednak we wnętrzu pamiątki piastowskie i jagiellońskie; Kazimierza Wielkiego to pierwotnie fundacja. Dziś rzuca się w oczy bryła z odcieniem arabskim. Okcydent spotyka Orient w Lublinie, niekoniecznie przelewem krwi; niechże tak zostanie.

W mieście, potykając się oń co i rusz, napotykamy reprodukcję obrazu Matejki. „Unia Lubelska”, jako i wiele dzieł mistrza, nie posiada waloru naukowego ścisłości historycznej, przedstawiając kilka postaci w owym czasie nieobecnych. Symbolika rysuje się wszakże jasno; zresztą malowidło uchodzi za jedno z lepszych profesora Jana. Natrafiamy wreszcie na reprodukcję z wyciętymi otworami na twarze, dającą możliwość wcielenia się w któregoś z bohaterów. Ku memu zawodowi, nie znajduję błazna. On to, z pozycji mędrca niesłuchanego, zawsze będzie mi bratem. Łatwiej żyć hetmanem, niż wesołkiem. Wspominam przesmaczny, choć krótki dyskurs.

-Na ile mnie oceniasz? – Pyta król.

-Na trzydzieści lwów – mówi błazen.

-Głupcze, tyle warta moja chustka do nosa!

-Wyceniłem razem z nią.

***

Lublin, miasto unii, zostaje w pamięci. Odwiedziliśmy miejsce, gdzie przeszłość spotyka modernę, Litwa Polskę, przyroda cywilizację, a mądrość… Powszechność. Nawet strony świata się parzą.

Chwalmy unię.

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *